Wróć   Africa Twin Forum - POLAND > Podróże. Całkiem małe, średnie i duże. > Kwestie różne, ale podróżne.

Kwestie różne, ale podróżne. Jak nic z powyższego o podróżowaniu Ci nie pasuje, pisz tutaj...

Odpowiedz
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 11.09.2026, 15:02   #1011
Melon
 
Melon's Avatar

Zapłaciłem składkę :)

Zarejestrowany: Mar 2012
Miasto: Lublin
Posty: 8,150
Motocykl: cz350/ bandit600/ zx12r/ varadero/vfr1200xd
Melon jest na dystyngowanej drodze
Online: 5 miesiące 3 dni 8 godz 15 min 57 s
Domyślnie

Elegancko, kuń to jak motor ino benzyny nie trza ale może być charakterny
Melon jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 11.09.2026, 16:30   #1012
Mallory
 
Mallory's Avatar

Zapłaciłem składkę :)

Zarejestrowany: May 2013
Miasto: Poznan
Posty: 2,568
Motocykl: RD04
Przebieg: kto wie
Mallory jest na dystyngowanej drodze
Online: 4 miesiące 2 tygodni 18 godz 39 min 28 s
Domyślnie

Cytat:
Napisał Artek Zobacz post
Mongolia.
Pytanie czy koniem czy czym...
Cytat:
Napisał lecchu Zobacz post
A to Robert Kępa, to kolejne alter-ego Darka?
Ja czytam wprost - konno. I lokalizacja użytkownika Robert Kępa po prostu. Czyli we dwóch... choć może nie na jednym koniu, ale kto wie))
__________________
<br>
Kiedy jest najciemniej, wtedy błyska znów nadzieja. Tolkien.
Mallory jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary Wczoraj, 09:54   #1013
lecchu


Zarejestrowany: Jul 2010
Posty: 37
Motocykl: nie mam AT jeszcze
lecchu jest na dystyngowanej drodze
Online: 5 dni 2 godz 48 min 5 s
Domyślnie

Czytanie wprost u ElWooda prowadzi wprost na manowce. A wiadomo - o to chodzi...
lecchu jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary Wczoraj, 14:53   #1014
hOMER
 
hOMER's Avatar


Zarejestrowany: Apr 2013
Posty: 6
Motocykl: x2=4x4
hOMER jest na dystyngowanej drodze
Online: 9 godz 55 min 2 s
Domyślnie

no i tak jak przypuszczałem.... dziad ogarnął jakoś logistykę i przyszło info ze zagranicy od Elwóda

przeklejam jak leci za jego zgodą.
no może nie jak leci bo to taki bełkot był że wymagał nieco przeorganizowania treści oczywiście bez jej naruszania.

zatem zapraszam do opowieści przy kawie:


Pewnie jak odbierzesz info, my będziemy juz w drodze do Tsagaannuur. Tu na zegarze 22.00
Nie wiem w sumie od czego zacząć.
Zatem zacznę od soboty tydzień temu. To wtedy wróble z Przystanku Oliwa rozćwiekaly się, że
mogę... lecieć. Strażnik podjęła decyzję, że leci w październiku do Turcji ze swoimi koleżankami a ja?
Ja mogę sobie polecieć z Cichym i Mario do... Mongolii. To chyba już wiesz.
Dobry żart tynfa wart. Warunek jeden, samo sobie opłacam wsio bez szkody dla budżetu domowego.
Zatem wiadomo było, że chuja gdzie polecę. Co najwyżej do biedry po kasztelana w promocji.
Proforma dopytałem chłopaków.
Jasne. No to drugie proforma.
- Robert, sprawdź czy w ogóle jestem wstanie z wami lecieć i ile by to ewentualnie kosztowało?
Po pół godzinie dostaję info, że mogę lecieć ale tylko w jedną stronę wychodzi 5500... No to dziękuje.
temat załatwiony. Nawet mi powieka nie drgnęła, bo z realem to i tak nie wiele miało wspólnego.
Tydzień wcześniej dzwonił mirmil i pyta się, co robię, co planuję. I tak od trzech lat odpowiadam raz
na pół roku Mirkowi: nic. No bo przecież Hungaria z termami, Budapeszt czy Praga to tylko trochę ciut
więcej od nic ale nie wiele więcej.
No to mając temat z bani wsiadłem na rower w niedzielę i pojechałem odwiedzić wnuki. Na
hacjendzie niespodzianka. Hacjendę zwizytowała szefowa synowej = madame Elizabeth. Eli to
zniszczona przez korporacyjne życie na walizkach Szkotka. 55 lat. W korpo zajmującym się
przenoszeniem duzych firm z miejsca na miejsce - celem optymalizacji, Eli jest druga po Bogu.
Synowa bezpośrednio pod nią.
Eli mnie lubi, bo dwa lata temu na Sylwestra dalismy razem nieźle w palnik a kobita wypić umi. Oj
umi. Mój angielski jak hiszpański. Rzadko uzywam bo nie za bardzo umiem w huszpański ale kiedyś
umialem w niemiecki. W niemiecki nieźle umi Eli więc pilismy i szwargotalismy do rana. ja potem
padlem jak kawka a Eli coś od rana ogarniala zdalnie z Pekinem czy Tokio.
No więc wpadlismy sobie z Eli w ramiona i junior zmuszony został do otwarcia barku. fajnie się gada z
samotną kobitą o dalekich podrozach. Dopytuje mnie jak mirmil, no to jaj jej o tej Mongolii ktorki
esej.
- Kiedy twoi kameraden lecą?
Eli bierze laptop. Możesz lecieć z Frankfurtu mongolskimi liniami, boeningiem dreem tam coś tam.
Wiem, że mogę, to znaczy wiem, ze nie mogę.
- Możesz.
I tu się dzieją pierwsze cuda. Eli ma wylatane ta mongolską linie tysiące mil/ Uśmiecha się
szelmowsko, puszcza mi buskę i rzecze.
- Nr pass bitte.
Ale, że jak…?
2h godziny później mam kupiony bilet za wylatane mile Eli... Latał kilka razy w roku do Pekinu ta linią i
do Japonii. Teraz inny kierunek od pół roku. Australia.
Chłopaki lecą przez Stambuł z Berlina. Oni Turkish ja z Frankfurtu bezpośrednio. W poniedziałek
dzwonię do Cichego i pytam jak zbiórka u Mario wygląda.
W czwartek Mario mnie odbiera w Łasku. Startujemy o 19-tej do Berlina. Chciałem nawet wkręcić

chłopaków, że niby ja z okazji skorzystam i, że z tego Berlina na zachód... Nie kupili tego, choć
zdziwieni byli nie co, kiedy ich na parkingu porzuciłem.
Ale... okazało się, ze mają problem z odprawą on line. Cichy ogarnięty na maksa w temacie a ja
zielony. Pierwszy raz miałem lecieć sam z obcego lotniska. Napisał mi krok po kroku na kartce, co
mam zrobić. Ogólnie zesrałbym się ze strachu ale ratował mnie niemiecki. Zresztą powoli
wchodziłem już w tryb radzenia sobie. Tryb się włącza kiedy jestem sam. To jak naciśnięcie kłami i
otwarcie drzwi, za którymi świeci słońce. Szybko porzuciłem czarne myśli i wyjąłem drugą kartkę, na
której rozpisałem krok po kroku transport koleją do Frankfurtu. W moim przypadku musiało wszystko
zagrać niemal co do minuty, bo jeszcze w poniedziałek kupiłem bilet na tańszą linie. Zielone flix czy
jakoś tak. S-ban na Hauptbanhof, zielony pociąg, S-ban do Wiesbaden i port lotniczy.
Na lotnisku deja vu sprzed 35-ciu laty... Wtedy… nieważne. Mimo wszystko wyglądam na
zagubionego. Koło mnie przystaje śliczna dziewczyna. Odziana jak należy, z plecakiem jak ja. Mój
plecak to kultowy alpinus sprzed 40-stu laty. Nie miałem czasu zorganizować czegoś lżejszego.
Dziewuch z innej, tej nowoczesnej bajki ale bije od niej taka... radość. Stoję i patrzę się przed siebie
jak krowa na pociąg, ona się uśmiecha. To taki uśmiech, który od razu wywołuje pozytywna reakcję.
Odwzajemniam robiąc śmieszny grymas...
- Może pomóc? Zagaduje po angielsku.
Odpowiadam, po niemiecku, że mój angielski jest little little/ Powtarza pytanie po niemiecku. Uff. No
to dukam i pokazuję... kartkę. Kartka rozbraja moja nową koleżankę.
Cud nr 2.Ona tez leci do Mongolii! prowadzi mnie za rekę jak ślepego dziadka. Próbowałem sie
odprawić on line w pociągu i cos mi tam przyszło. Krótka kontrola Emy: jest ok. Pomaga mi sie
odprawić z bagażem, potem jakies bezpieczeństwo, na koniec straż graniczna. Mój czysty paszport
nie wzbudza podejrzeń.
Siadamy razem i tu kolejna niespodzianka. Ema jest Słowaczką więc od razu pryska bariera językowa.
- Teraz już wiem, dlaczego jesteś taka ładna i przesympatyczna!
Coś tam poklikała jeszcze wcześniej by spróbować nas posadzić koło siebie. W każdym razie w
boeningu siedzieliśmy już tak było, w środkowym rzędzie z jakąś panią o mongolskich rysach twarzy
ale elegancko ubrana. Pani po starcie jak tylko byliśmy już blisko słońca ucięła komara i tak niemal
przez 8h lotu.
Ema fajna dziewucha. Ogarnięta na maksa. Leci do Mongolii drugi raz i plan ma konkretny. Plan
wyrywa mnie z butów. Czas nam leci szybciej niż drimlajner pod słońce. Istotne jest, że mamy jeden
wspólny cel. Dojechać do Murun. Uzgodniłem jeszcze w Berlinie z chłopakami, by nie czekali na mnie,
bo ja chciałbym pojechać nocnym pociągiem, wziąć plackartnyj/kupe i spróbować się wyspać jakoś w
drodze, bo to zawsze mój największy problem dla mnie. Wic w tym, że jedna noc już w plecy, a ja
wole cierpieć w pozycji horyzontalnej. Mój pech polega na tym, ze mam problem by wyspać się w
nowym miejscu a tu praktycznie przez pierwsze kilka dni same nowe miejsca i potem na koniach nie
inaczej...
Zatem oboje z Emą jedziemy pociągiem i potem się nasze drogi rozchodzą w Murun, bo Ema
przesiada się tam na... rower. Ema (jeszcze) roweru nie ma. to nie jest dla niej żaden problem. Ona w
ogóle w niczym nie widzi problemu. Kolejne deja vu... Widzę w niej siebie. Studiuje na erazmusie w

Berlinie, ma 24 lata, chciałaby już mieć męża i dzieci. Była już tuż tuż ale ją jej amigo brzydko
wystawił. Z najlepszą koleżanką a Ema już meblowała w wyobraźni wspólne mieszkanie...
Jjak na swój wiek, to się już trochę nalatała.
- A ty...? Dopytuje.
Ja...? Ja... pierwszy raz. Trochę rowerem ale po Polsce kilka razy po Czechach. Jakoś tak nie było
czasu... Chłopaków kiedyś poznałem na beskidzkim szlaku, wtedy różnica wieku wydawała się między
nami większa. Teraz się to zaciera. Cieszę się, że chcieli mnie ze sobą zabrać.
Dalej nie mówię o sobie ale o nich, o ich portfolio. Ema nie może wyjść z podziwu. Z duma
opowiadam o Mario, który robił Mongolie i BAM w 2006, z kolegą, patrolem.
- O rany! Miałam wtedy cztery lata!!
Robert bodaj dwa lata temu spływał jakąś mongolską, trudno dostępną rzeką z kolegą, który z kolei
ma Mongolie w małym palcu, bo jeździ tam od zawsze i w tym roku też był ale autem... jak zawsze.
Emy plan jest taki.
Na lotnisku wymieniamy 100$, na spółę. By mieć za co śmigać po Ułan Bator. Jedziemy autobusem do
centrum, stamtąd na dworzec kolejowy. Trochę czas nas goni ale idzie świetnie. 0 11-stej mamy już
kupione bilety, w tym Ema na rower, którego nie ma. Jedziemy taksi na czarny bazar. Po drodze
wysiadamy by wymienić już konkretnie dolary na tugriki. Ja wymieniam 400 i oddaję 50$ w tychże
wariatach. Ema 500S. Dziewczyna ma wszystko w małym palcu u nogi. Ja tylko asystent. Kupujemy
karty. ja na 20 dni, Ema z większym pakietem.
Na bazarze (ogrom) to ja czuję się jak ryba w wodzie ale dalej udaję ikrę. Sam pomysł Emy z tym
rowerem jest szalony, bo ona sie na rowerach zna jak ja na procedurze odprawy. Wyłapuję to w tri
miga, kiedy docieramy na koniec bazaru. Ona chce nowy rower. Przygląda się jakimś kitajskim,
lśniącym markom bez marki. Wpada w sidły pierwszego Mongoła.
Na razie Ema sobie radzi. Zasadniczo wie, cze go chce ale... Wcześniej obczytała wsio, w głowie ma
listę tego, co jej będzie potrzebne itd ale doświadczenia rowerowego... To, co mnie w niej urzekło to
pełen spontan. Problemami będzie się martwic później, jak się pojawią itd... Skąd ja to znam...
Uśmiecham się sam do siebie. Dobra, musze przejąć inicjatywę, bo to się źle skończy.
- Wstukaj mu w translator pytanie, gdzie są importowane, używane rowery. Podobno takie są. Tego
dowiedzieliśmy się od t=kierowcy naszej taksówki.
Darek... Używany mnie nie przekonuje. to nie rower ma ciebie przekonać, tylko ja
40 minut później Ema staje się właścicielką alumiowego talona na mieszanym osprzęcie (tyl deore,
przód alivio) 27 biegów, koła 27,5 cala. Wszystko chodzi w miarę płynnie. To „w miarę" kosztuje
naszego sprzedawcę 120 000 tugrików. W trzech podejściach. Na bazarze spędzamy jeszcze dobrą
godzinę. Opony 2,2cala. Rama może ciut przyduża ale jest bardzo dobrze. Sprawdziłem po ile chodzą
używki na globusie pl i finalnie udaje się łobuza kupić za 165 000 wariatów.
Pozostałe fanty (dwie dętki na zapas, łatki, pompkę, imbusy itp., to już z marszu. Ema jest szczęśliwa i
dostaję spontanicznego buziaka w policzek. Jeszcze tylko czarny strecz do pakowania.
Ema namówiła mnie na luksus czyli sypialny. Uparła się jeszcze na dworcu i dopłaciła do mojego
"kupe". Mamy komfortowe dwa miejsca tylko dla siebie. Chłopaki lada moment dojadą do Murun i

idą na piwo. Dostaję fotę z nazwą przybytku. Śmieją się, że sam luksus. Pokój dwuosobowy z łazienką,
ciepła woda... Zaszaleli ale są zjebani jak konie po pardubickiej.
Skoro oni na piwo, to ja stawiam mongolskie pół litra i colę dla Emy. Piwo nie najlepiej mi służy po
Czechach
Sarkopenia, cukier... Strzelamy z Emą brudzia.
- Ema... dziękuję. Dzięki tobie czuję się dzisiaj naprawdę młody. Znowu młody!
Chłopakom kart nie odkrywam. Z Emą umówiliśmy się, że w hotelu ja zamelduję się z... rowerem. O
niej nic nie wiedzą. Tymczasem nalewam jej po małych naparsteczkach i snujemy scenariusze, jak tu
chłopaków z tym rowerem podejść. Dziewczyna wpada na genialny plan.
GENIALNY!
Opowiadam jej o podróżach rowerowych z Fazikiem. Jest zachwycona.
Śpi. Padła w końcu. Słyszę jej miarowy, spokojny oddech w harmonii z szumem szyn w tle. Nie mogę
zasnąć ale przynajmniej leżę a nie siedzę.
Wszystko się pięknie układa poza jednym. Zapomniałem wziąć drugi telefon. Przede wszystkim służy
mi do robienia zdjęć ale z moim dzieje się coś niedobrego. Jeszcze w Czechach nagle "zwolnił".
Wszystko otwiera się z dużą pauzą. Wyczyściłem go na maksa ze zbędnej pamięci. Pousuwałem
aplikacje, których tu nie będę używał. Nic to nie dało. Nie ważne... Nad ranem łapię w końcu mocny
sen.
Ema mnie delikatnie budzi...
- Za pół godziny wysiadamy.
Cdn.
hOMER jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary Wczoraj, 16:18   #1015
Mallory
 
Mallory's Avatar

Zapłaciłem składkę :)

Zarejestrowany: May 2013
Miasto: Poznan
Posty: 2,568
Motocykl: RD04
Przebieg: kto wie
Mallory jest na dystyngowanej drodze
Online: 4 miesiące 2 tygodni 18 godz 39 min 28 s
Domyślnie

Cytat:
Napisał Mallory Zobacz post
Ja czytam wprost - konno. I lokalizacja użytkownika Robert Kępa po prostu. Czyli we dwóch... choć może nie na jednym koniu, ale kto wie))
Cytat:
Napisał lecchu Zobacz post
Czytanie wprost u ElWooda prowadzi wprost na manowce. A wiadomo - o to chodzi...
Tyle, że to nie tekst a konto jakiegoś kolesia i ślad na garminie. Czyli się podłączył do kogoś i chyba wychodzi, że faktycznie jednak))
__________________
<br>
Kiedy jest najciemniej, wtedy błyska znów nadzieja. Tolkien.
Mallory jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Odpowiedz


Zasady Postowania
You may not post new threads
You may not post replies
You may not post attachments
You may not edit your posts

BB code is Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wł.

Skocz do forum


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 05:46.


Powered by vBulletin® Version 3.8.4
Copyright ©2000 - 2026, Jelsoft Enterprises Ltd.