|
|
|||||||
| Kwestie różne, ale podróżne. Jak nic z powyższego o podróżowaniu Ci nie pasuje, pisz tutaj... |
|
|
Narzędzia wątku | Wygląd |
|
|
#31 |
|
Elwood
![]() Zarejestrowany: Apr 2025
Miasto: Przystanek Oliwa
Posty: 1,039
Motocykl: Wrublin
Online: 2 tygodni 2 godz 49 min 57 s
|
Ogólnie, to czuję się winny.
Nie było mnie ledwie 5 dni a świat oszalał. Tymczasem w piątek miałem szybki przegląd z rana stanu ogumienia. Nie wyglądało to dobrze. Potem wiejskie spotkanie robocze z przeglądem niektórych rozwiązań konstrukcyjnych w chałupie okiem miejscowego cieśli, służącego mi swoim wieloletnim doświadczeniem i radą. Spodobała mu się moja koncepcja zachowania oryginalnej tkanki. Autentycznie spodobała. Chłop w okolicy nie jeden piec postawił i to on weźmie na siebie odtworzenie trzonu kuchennego. Obgadaliśmy przy okazji moje doświadczenia z "paleniem w piecu", bo zastanawiający jest obieg ciepłego powietrza w całym systemie. Bo nie jest wcale też tak, że wszystko leciało w piecowych konstrukcjach na jedno kopyto. Jak to ostateczni jest, wyjdzie w praniu. Mnie tymczasem pozostało nic innego jak zdążyć z zakupami (w tym większych łatek do łatania opony od wewnątrz) przed topieniem ciuka. nie chciałem nikogo z zaprzyjaźnionych sąsiadów kłopotać podrzuceniem mnie do wiejskiego agro w mieście. Uznałem, że przemarsz z buta dobrze zrobi mojej kondycji. 8km zrobiło mi tak, że nie marzyłem już o niczym więcej, poza topieniem ciuka w rzeczce i moczenia ust w piwnym alkoholu. Z nadzieją jednakowoż, że tego dnia pójdę wcześniej spać, jak Pan Bóg przykazał i noc będzie bardziej przyjazna. Wszystko poszło jak należy. Konsumpcja browarnej piątki, palenie w piecu, w tym przygotowanie zapasu opału. Co do piwa, to konsumowane było słabsze. W polskiej kulturze spożywania piwa słabsze, to te poniżej 5%. Niepasteryzowany kasztelan spełnia ten warunek. Niestety, i tej nocy wstawałem do toalety 5 lub 6 razy. I to mimo świetnego samopoczucia oraz wczesnej pory ułożenia się do snu. W sobotę kulminacja zmęczenia. Brałem pod uwagę wcześniej nawet powrót w sobotę ale zbumbliłem piątek a tu jeszcze dodatkowa inwentaryzacja rozwiązań konstrukcyjnych przede mną... Lekki niedoczas... Ponowny spacer "do miasta", już luźniejszy. Zapadła decyzja, że wracam w poniedziałek. Namówiła mnie Strażnik Domowy, której zwierzyłem się z piwnych doświadczeń. Zrobiłem zatem zakupy pokarmowe, w tym golonkę z warzywami i barszczem w torebce. Ze słabą silną wolą dokupiłem jeszcze 6-ciu kasztelanów. Jak kończyć, to z przytupem. Najważniejsze, pogoda rokowała i czyniła dobro. Południowa strona chaty nawet ładnie się dogrzewała w słońcu. To i korzystałem z faktu, ogołacając ciało z zewnętrznej skorupy, wystawiając zwłoczyny do słońca. W ciągu pół godziny wyprodukowałem w sobie morze wit. D. Sądzę, że 30 000 jednostek minimum. No i ten spokój... Z telefona słucham muzyki. Starego, polskiego rocka. Tego mniej znanego. W ogóle to niemal trójmiejskiego. Z tego środowiska wywodziło się tyle znanych kapel, co i mniej znanych. Tu zaczynał karierę rockową Niemen. Kto "siedzi w Niemenie", ten wie co (i kto) był powodem napisania tej piosenki, która ma dokładnie tyle lat, co ja... "...czas upływa jak sen..." "...zgubiłem twój ślad i teraz w świat, pójdę już sam...? Tym razem nie zebrałem ze sobą gitary. W ogóle wyjeżdżałem tak, jakbym szedł po bułki do sklepu, pakując się o 4.30, bo niby nie miałem co... Dobrze, że nie zapomniałem czołówki... Tak, że w sobotę naprawdę byczyłem się przesuwając ostatnie pomiary na niedzielę, która również zapowiadała się ładnie i co istotne, nie była już alkoholowa. W miejsce alkoholu był proszony obiad. Schabowy z kapustą, dukane z masłem ziemniaki i surówka z białej kapusty z dodatkami. Na obiad jechałem już rowerem. Mijając Romka, zaatakowały mnie jego psy podwórkowe. Taki wesoły przerywnik. Trzy psy konkretne. W tym potężny pitbull. Już na sam widok jej (bo to suczka) tradycyjnie posrałbym się w majty ale ją akurat znam. bardzo towarzyska i radosna. Ale doberman złapał mnie za buta. Zanim zleciały się kolejne. Na szczęście wystarczyło zejść z roweru i przywitać się "pitbułką". To, co zapomniałem zabrać ze sobą, to silny gaz pieprzowy. Teraz mógłby się przydać ale w czwartek wieczorem jechałem przez Puszczę Knyszyńską i to na ten odcinek dedykowany miał być gaz. Spać poszedłem mając za oknem morze gwiazd, które niemal biły się o mnie, tylko sięgnąć i rwać jak pierwsze, wiosenne owoce...
__________________
Jam nie Babinicz... |
|
|
|