|
|
#831 |
![]() |
Przy zakupie witamin Webasto gratis
__________________
XRV750 RD07 / BMW R1200RT |
|
|
|
|
|
#832 |
|
Elwood
![]() Zarejestrowany: Apr 2025
Miasto: Przystanek Oliwa
Posty: 1,039
Motocykl: Wrublin
Online: 2 tygodni 2 godz 49 min 57 s
|
Ten wyjazd, to nie była...
![]() To był wyjazd edukacyjny. Z pewnymi kłopotami. Np. kupnem biletu z Przystanku Oliwa do Sokółki z przesiadką w W-wie Zachodniej. Kluczem był rower. System nie akceptował roweru na tej trasie. Akceptował z przesiadką na Wschodniej. Miała być W-wa Zachodnia, bo stamtąd mi było bliżej rowerowo (i przede wszystkim szybciej) do Ptak EXPO. System się uparł. Postanowiłem się nie upierać. Kupiłem jak Kasa PKP przykazała. Ów problematyczny odcinek przejechałem sobie na gapę. Targi były poświęcone stolarstwu. Mnie interesował konkretnie jeden temat. Temat stolarski ale w wersji makro. Obróbka ciesielska z wykorzystaniem profesjonalnych narzędzi. Konkretniej - np. wycinanie zamków. Jeszcze konkretniej - np. łączenia popularnie nazywanego jaskółczym ogonem na wrąb, czyli łączenie dwóch belek/płazów pod kątem 90st. Zatem utknąłem na chwilę przy stanowisku mafell`a. Niestety pan przedstawiciel nie miał o tym zielonego pojęcia. Był szablon, całkiem spory (Arunda System) ale nie do tego, czego ja potrzebowałem. Może pan był już zmęczony. Dzień targów trzeci, w południe. Miał prawo być zmęczony. Sprzęt super. Np.: - Pilarka łańcuchowa ciesielska... Nawet nią pociąłem sobie (z regulacją kąta cięcia). Nawet mam film z operacji, bo fajna pani mnie zachęciła. Bardziej fajna od pana. Stwierdziła po cięciu, że jestem idealnym, marketingowym modelem. W sensie mój pokaz cięcia - idealny. Jak w reklamie: kup zestaw witamin a dostanie webasto. Byłem witaminą. Cena "targowa" - 23 516,00 zł + VAT. - Frezarka górnowrzecionowa, cena: 2 936,00 zł + VAT. - Akumulatorowa frezarka do wręg, cena: 9 908,00 zł + VAT. Poza tym dłutownica i wiele innych. Mocno okupowany był dział Festool`a. Też uznana marka. No i firmy od strugarek/wyrównywarek z całą potęgą stołów roboczych umożliwiających prace w kilku płaszczyznach plus mocno już profesjonalny sprzęt do kompleksowej obróbki drewna. No cóż... Pozostaje mi skorzystać z wiedzy pana inż. Franciszka Kopkowicza, tabl. XVL str. 40 wydania z 1947: Ciesiołka wiejska i małomiasteczkowa. W niej instrukcja: "... rysunek 120 przedstawia rzut pionowy lewej i prawej strony ściany od strony zewnętrznej. Dla ułatwienia wykonania węgłów podaję w rys. 121, 122, 123, 124 sposób, który w praktyce nie zawodzi. Wg rys. 120 dzielimy wysokość płazy na 12 części. Wycinamy listewkę o długości równej dwu szerokościom płaz i odcinamy na pionowych 2, 3, 4 części, otrzymanych z podziału płazy. Na rys. 122 odkreślamy szerokość węgła, oś płazy i zaczynamy odrys listewka jak na rycinie. Rys. 123 przedstawia drugi odrys od czoła płazy, a na rys. 1124 końcowy odrys. Jeżeli zajdzie potrzeba pozostawienia szpar między płazami na uszczelnienie, np. wełnianką, to na miejscu osi wstawiamy wymiar szpary. tak samo w niczym nie zmienia się posługiwanie listewką, jeżeli zajdzie potrzeba pozostawienia z węgła ostatków..." Nie sprawdzałem już cen systemu Arunda mafell`a. Ów jest szablonem oczywista, który umożliwia prowadzenie frezarki górno-wrzecionowej ograniczając do zadanego posuw. Wycięcie listewki/szablonu wg instrukcji inż. Franciszka Kopkowicza kosztuje... A tak, to wygląda. ![]() Łączenie na zrąb/zręb. Tzw. węgieł słowiański. ![]() Do instrukcji obrazek.
__________________
Jam nie Babinicz... |
|
|
|
|
|
#833 |
|
Elwood
![]() Zarejestrowany: Apr 2025
Miasto: Przystanek Oliwa
Posty: 1,039
Motocykl: Wrublin
Online: 2 tygodni 2 godz 49 min 57 s
|
Zatem było 5:32 Przystanek Oliwa.
W "południe" targi. Potem się przejechałem na Centralną, bo tam "mój" pkp miał zaplanowany ciut dłuższy postój. Następnie zostałem zawieziony owym do Sokółki już z opóźnieniem 17 minut. O tyle to było dla mnie istotne, że zachód słońca na wschodzi jest szybszy niż na zachodzie i zasadniczo jak najmniej się chciałem tarabanić po ciemnicy na wieś. Miałem do tej pory w nogach 40km a przede mną jeszcze 26/28km. Oczywista wybrałem najkrótszy dojazd i to był błąd. Jeszcze dwa lata temu, tak dzielony dystans byłby dla mnie "średnim" wyzwaniem. Tym razem jednak...? Roczny rozbrat z rowerem plus powrót na forum... To może wyjałowić człowieka geriatrycznego ![]() No więc czekając w wagonie nr 13 w Białym na przetoczenie lokomotywy czułem się już do cna wyjałowiony. Rower ćwiczyłem ledwie od tygodnia, wracając nawet z Rumi do Przystanku Oliwa na tymże ale to nie giancie tym (tylko innym)i nie z plecaczkiem, któren to teraz wciskał mnie w siodło kpiąc z pośladków - już plujących jadem. Dojazd do gminnego, sennego miasteczka zajął mi dwie godziny, co nazwałem sukcesem. Odliczałem każdy metr i mając już tablicę miasteczka za sobą bezceremonialnie przebiegł mi drogę kot... Przebiegł sobie dobre 100m przede mną, w świetle ulicznej lampy widoczny jako kot czarny. Może nie był czarny ale był kot a przed kotem wagon nr 13. Kto nie jest przesądny, temu to wisi. Robiłem wszystko mentalnie, by i mi to wisiało ale ja niestety jestem przesądny. Z wrażenia zapomniałem spluć przez lewę ramię i... Pół godziny później pchałem już rower obciążony dodatkowo 5-cioma piwami w opakowaniach szklanych i kilogramem kiszonej kapusty. Na szczęście tego pchania było ledwie 2km, stąd domniemywuję, że kocur nie do końca był czarny ale jednak. 21.10 otworzyłem podwoje wiejskiego domu. W środku nic się nie zmieniło. Otworzyłem piwo i wziąłem się za rozpalanie w piecu. Wypakowałem zawartość plecaczka, w tym dwa słoiki. Jeden z golonką (samemu pieczoną), drugi z wątróbką za 2,99zł/kg. Taka promocja była. Kurze podroby, to obecnie najtańsze jedzenie i biorąc pod uwagę udział przetworzonego jadła w naszej diecie obecnej, to jest o jedno ze zdrowszych pokarmów mimo wszystko. Nawet, kiedy nim te kurczę padło pod nożem, przyjmując może sterydów i antybiotyków, to jednak nie jest to pestycyd ale... nie o tym. O zdrowiu ciut później. Ostatni wsad do pieca poszedł o 0.30. Zbiegł się z ostatnim łykiem piwa. Byłem dokładnie 20h na nogach, dupie, pedałach itd. Wyziębiona zimą chata powoli nabierała ciepła...
__________________
Jam nie Babinicz... |
|
|
|
|
|
#834 |
|
Elwood
![]() Zarejestrowany: Apr 2025
Miasto: Przystanek Oliwa
Posty: 1,039
Motocykl: Wrublin
Online: 2 tygodni 2 godz 49 min 57 s
|
Szykuje się rozbrat z piwem.
Nie nie wiem, na jakich warunkach jeszcze. Od dwóch lat piję rzadko. W sensie spożywam alkohol Zabrzmiało to tak, jak bym wcześniej chlał wręcz. Nie.Fakt, że od stołu wstaje ostatni ale od dwóch lat narzuciłem sobie limit. Zasadniczo powszechna jest (winna być) wiedza, że "alkohol to zguba ludzkości"... Piwo zawsze traktowałem jako słabszy wzorzec ale ma jeden ogromny minus. Powoduje szybki i wysoki wyrzut insuliny. To tak, jakbym jadł jeden pączek za drugim. Zatem to takie moje pożegnanie z Afryką. Zostawiam sobie jego konsumpcję na wyjątkowe okazje, tak jak do tej pory czyniłem z mocnymi alkoholami. Raz w roku, to często bywało. Po co o tym piszę...?
__________________
Jam nie Babinicz... |
|
|
|
|
|
#835 |
|
Elwood
![]() Zarejestrowany: Apr 2025
Miasto: Przystanek Oliwa
Posty: 1,039
Motocykl: Wrublin
Online: 2 tygodni 2 godz 49 min 57 s
|
Ogólnie, to czuję się winny.
Nie było mnie ledwie 5 dni a świat oszalał. Tymczasem w piątek miałem szybki przegląd z rana stanu ogumienia. Nie wyglądało to dobrze. Potem wiejskie spotkanie robocze z przeglądem niektórych rozwiązań konstrukcyjnych w chałupie okiem miejscowego cieśli, służącego mi swoim wieloletnim doświadczeniem i radą. Spodobała mu się moja koncepcja zachowania oryginalnej tkanki. Autentycznie spodobała. Chłop w okolicy nie jeden piec postawił i to on weźmie na siebie odtworzenie trzonu kuchennego. Obgadaliśmy przy okazji moje doświadczenia z "paleniem w piecu", bo zastanawiający jest obieg ciepłego powietrza w całym systemie. Bo nie jest wcale też tak, że wszystko leciało w piecowych konstrukcjach na jedno kopyto. Jak to ostateczni jest, wyjdzie w praniu. Mnie tymczasem pozostało nic innego jak zdążyć z zakupami (w tym większych łatek do łatania opony od wewnątrz) przed topieniem ciuka. nie chciałem nikogo z zaprzyjaźnionych sąsiadów kłopotać podrzuceniem mnie do wiejskiego agro w mieście. Uznałem, że przemarsz z buta dobrze zrobi mojej kondycji. 8km zrobiło mi tak, że nie marzyłem już o niczym więcej, poza topieniem ciuka w rzeczce i moczenia ust w piwnym alkoholu. Z nadzieją jednakowoż, że tego dnia pójdę wcześniej spać, jak Pan Bóg przykazał i noc będzie bardziej przyjazna. Wszystko poszło jak należy. Konsumpcja browarnej piątki, palenie w piecu, w tym przygotowanie zapasu opału. Co do piwa, to konsumowane było słabsze. W polskiej kulturze spożywania piwa słabsze, to te poniżej 5%. Niepasteryzowany kasztelan spełnia ten warunek. Niestety, i tej nocy wstawałem do toalety 5 lub 6 razy. I to mimo świetnego samopoczucia oraz wczesnej pory ułożenia się do snu. W sobotę kulminacja zmęczenia. Brałem pod uwagę wcześniej nawet powrót w sobotę ale zbumbliłem piątek a tu jeszcze dodatkowa inwentaryzacja rozwiązań konstrukcyjnych przede mną... Lekki niedoczas... Ponowny spacer "do miasta", już luźniejszy. Zapadła decyzja, że wracam w poniedziałek. Namówiła mnie Strażnik Domowy, której zwierzyłem się z piwnych doświadczeń. Zrobiłem zatem zakupy pokarmowe, w tym golonkę z warzywami i barszczem w torebce. Ze słabą silną wolą dokupiłem jeszcze 6-ciu kasztelanów. Jak kończyć, to z przytupem. Najważniejsze, pogoda rokowała i czyniła dobro. Południowa strona chaty nawet ładnie się dogrzewała w słońcu. To i korzystałem z faktu, ogołacając ciało z zewnętrznej skorupy, wystawiając zwłoczyny do słońca. W ciągu pół godziny wyprodukowałem w sobie morze wit. D. Sądzę, że 30 000 jednostek minimum. No i ten spokój... Z telefona słucham muzyki. Starego, polskiego rocka. Tego mniej znanego. W ogóle to niemal trójmiejskiego. Z tego środowiska wywodziło się tyle znanych kapel, co i mniej znanych. Tu zaczynał karierę rockową Niemen. Kto "siedzi w Niemenie", ten wie co (i kto) był powodem napisania tej piosenki, która ma dokładnie tyle lat, co ja... "...czas upływa jak sen..." "...zgubiłem twój ślad i teraz w świat, pójdę już sam...? Tym razem nie zebrałem ze sobą gitary. W ogóle wyjeżdżałem tak, jakbym szedł po bułki do sklepu, pakując się o 4.30, bo niby nie miałem co... Dobrze, że nie zapomniałem czołówki... Tak, że w sobotę naprawdę byczyłem się przesuwając ostatnie pomiary na niedzielę, która również zapowiadała się ładnie i co istotne, nie była już alkoholowa. W miejsce alkoholu był proszony obiad. Schabowy z kapustą, dukane z masłem ziemniaki i surówka z białej kapusty z dodatkami. Na obiad jechałem już rowerem. Mijając Romka, zaatakowały mnie jego psy podwórkowe. Taki wesoły przerywnik. Trzy psy konkretne. W tym potężny pitbull. Już na sam widok jej (bo to suczka) tradycyjnie posrałbym się w majty ale ją akurat znam. bardzo towarzyska i radosna. Ale doberman złapał mnie za buta. Zanim zleciały się kolejne. Na szczęście wystarczyło zejść z roweru i przywitać się "pitbułką". To, co zapomniałem zabrać ze sobą, to silny gaz pieprzowy. Teraz mógłby się przydać ale w czwartek wieczorem jechałem przez Puszczę Knyszyńską i to na ten odcinek dedykowany miał być gaz. Spać poszedłem mając za oknem morze gwiazd, które niemal biły się o mnie, tylko sięgnąć i rwać jak pierwsze, wiosenne owoce...
__________________
Jam nie Babinicz... |
|
|
|
|
|
#836 |
|
Elwood
![]() Zarejestrowany: Apr 2025
Miasto: Przystanek Oliwa
Posty: 1,039
Motocykl: Wrublin
Online: 2 tygodni 2 godz 49 min 57 s
|
Niedziela rano, ten sam problem.
Później były psy, obiad i powrót na chatę. Powtórka z psami. Tym razem po przywitaniu z pitbułką chwytam za kamień. Natychmiastowa reakcja. Zapamiętam. Wczesnym popołudniem inwentaryzuję chałupę w konkretnym celu. Wyłapać wszystkie rozwiązania. Niektóre przeczą logice budowy/zastosowanego rozwiązania w konstrukcji chaty. W przypadku stodoły ogarnąłem w końcu konstrukcję przyłapu i rolę jaką akurat tu (i w ogóle) pełni. Godzina konkretnych pomiarów, drugie tyle dokumentacja wątpliwości/szukania dziury w całym. Konkluzja jedna. Czytać dokładniej opracowania, które posiadam. Do tego wszystkiego potrzeba trochę wyobraźni przestrzennej a ta mi gdzieś ulatuje. Sarkopenia, bark ruchu. Fizyczny zjazd po równi pochylej. Na to jest tylko jedno lekarstwo. Nie można jednak przedawkować. W poniedziałek dosypiam ile mogę po nocnych "czuwaniach". Niedziela wolna od piwa ale organizm już w trybie przedawkowania węglowodanami piwnymi ze wsparciem prostaty. Wstaję 7.50 Oczy spuchnięte. To u mnie symbol... wyspania. Mimo wymuszonych przerw, gdzieś regeneracja miała miejsce. Ogólnie fizycznie czuję się dużo lepiej niż w piątek np. Dużo lepiej. Drugie, to twarde posłanie. To nie jest mój domowy materac. To drugi czynnik, który zawsze wymaga dłuższej adaptacji. Przyzwyczajenie ciała do niewygód. Sprzątam chatę, podgrzewam barszcz, który przed drogą wypiję. Golonkę pakuję do litrowego słoika, do drugiego kiszoną kapustę. Pakuję trzy jajka ugotowane na lekko twardo. Startuję 11.15. Pociąg regio mam 15.25, 15.50 TLK. Przede mną 40km. Z tyłu głowy - potencjalna, kolejna skucha opony. Tym razem poświęciłem przy łataniu opony należytą koncentrację. Minęło 48h. Co miało się zwulkanizować... Ok, skup się na działaniu. Trasa wyznaczona asfaltowo. Nieciekawie wygląda profil trasy. Nieciekawie pod kątem mojej fizyki. Bardziej pod górę w mocno pofałdowanym terenie. W południe wiatr miał mi sprzyjać, potem zmienić kierunek na wmordęwind. Zatem jadę. Jadę "po nic". Mniej więcej w połowie drogi trafia mi się prawdziwa perła z lamusa..
__________________
Jam nie Babinicz... |
|
|
|