|
|
#1 |
![]() Zarejestrowany: Oct 2011
Miasto: Gdańsk
Posty: 92
Motocykl: RD04
Przebieg: 55000
Galeria: Zdjęcia
Online: 2 dni 5 godz 30 min 21 s
|
Mam w sobie tęsknotę za życiem i ciężkie poczucie, że pojmujemy je nieco na opak. Niby wszystko rozumiemy, wiemy jak działa i co robić, żeby było nam dobrze. Wiemy czego potrzebujemy i czego nam brakuje. Znamy swoje deficyty i frustracje, a jednak wiedza ta nie rozwiązuje naszych problemów. Temat jest dla mnie ważny ponieważ pochodzę ze zmęczonej rodziny. Nie wiem, czy to powszechne zjawisko, ale podejrzewam że niestety tak. Zwłaszcza dla tych co doświadczyli realiów rynku pracy postkomunistycznej Polski. Rodzice byli permanentnie zmęczeni życiem. Wstawanie do pracy było dla nich jak wyrok. Poranki wyglądały jak wyjście skazańców do kamieniołomów, trasa do biura jawiła się niczym droga krzyżowa. Po dziesiątkach lat w tym samym miejscu, robiąc podobne rzeczy za żenujące pieniądze, żółć wylewała się z nich na każdym kroku. Nie znosili tej pracy, tego miejsca i tych ludzi. Życie moich rodziców, polegało na odliczaniu dni do emerytury. NIe lat, nie miesięcy - lecz dni właśnie, bo każda kolejna doba była wysiłkiem ponad ich możliwości. W weekendy padali jak ryby wyrzucone z wody, łapiąc haustami powietrze, z trudem zbierali siły na kolejny poniedziałek. Na więcej już ich stać nie było. Zapomnijmy o wakacjach, o pasjach, o jakimkolwiek rozwoju czy samorealizacji. Gdzieś po drodze zapomnieli o sobie, o tym że, w życiu zawsze jest wybór. Czasem gówniany, ale zawsze jakiś jest. Gdzieś w natłoku codziennych obowiązków uciekło im takie słowo jak sprawczość oraz świadomość, że zawsze można przesunąć pionki na planszy, podjąć decyzje o zmianie, tak by ich układ bardziej sprzyjał naszym oczekiwaniom. A w wyjątkowych sytuacjach można pierdolnąć całą tą planszą o ścianę i zacząć grę od nowa, na własnych warunkach. W sytuacjach ekstremalnych, pierdolnąć wręcz należy. Wiem, że jest trudno, że życie przeciorało każdego, czasem w okrutny sposób, lecz najczęściej po prostu jesteśmy wykończeni codziennością. Wiem to i bardzo jestem na ten rodzaj zmęczenia wyczulony. Ale co jeżeli tylko wydaje Ci się, że jesteś zmęczony? Że to nie życie cię wykańcza tylko jest wprost przeciwnie - masz za mało życia w sobie i dlatego jesteś znudzony i sfrustrowany. Bo ten mechanizm działa zupełnie odwrotnie niż zwykliśmy go pojmować. Jeżeli czujesz że brak Ci sił i chęci, w moim mniemaniu oznacza to, że należy zacząć robić więcej. Wrzucić do menu nowe aktywności, postawić kilka wyzwań, i w miarę ich realizacji, już po kilku tygodniach, ze zdziwieniem spojrzysz w lustro konstatując jaką moc nosisz pod skórą. Z kolei po kilku kolejnych miesiącach już inni będą to widzieli to gołym okiem. Kilka osób nieśmiało Ci powie jak bardzo zarażasz ich pozytywną energią. Bo ta energia się niesie i nie sposób tego nie zauważyć. Może myślisz że potrzebujesz spokoju? Masz za dużo bodźców, za dużo problemów? Czujesz że mózg się przegrzewa od natłoku spraw? I tu włożę kij w mrowisko i zaproponuję myśl, że być może jest zupełnie odwrotnie. Jeśli teraz dobrowolnie wziąć na siebie wyzwanie tak duże i istotne, że w perspektywie czasu zobaczysz że wszystko to do tej pory to był tylko szum wiatru i miałkie zagadnienia bez większego znaczenia. Idąc dalej tym tropem, jeśli czujesz, że brak Ci czasu, widocznie w kalendarz należy niepostrzeżenie wpleść kilka dodatkowych godzin tygodniowo, przeznaczonych na trening, spacer, naukę, rower, może na medytację albo basen. Nie wiem czego Ci brakuje ale pomyśl nad tym. Gdy brak Ci miłości i bliskości - kochaj i dziel się tym w koło. To wróci. Mechanizm działa niezawodnie ze wszystkim - jak system naczyń połączonych. Jeżeli zaczniesz rozdawać to czego Ci brakuje, to naczynie zaraz się wypełni na nowo i to z górką. To jest jak mięsień, trzeba go eksploatować żeby rósł w siłę. Jeżeli brak Ci twórczego spełnienia, natchnienia, pomysłu, zacznij od małych rzeczy, od najprostszych pomysłów do zrealizowania. Narysuj coś, lub zapisz się na kurs rysunku, napisz coś, pamiętnik chociaż, weź do ręki tą zakurzoną gitarę. Zobaczysz, że za miesiąc będziesz w innym miejscu z nowymi pomysłami i z inną wrażliwością. Jeżeli jesteś w dupie i brak Ci sprawczości, zacznij robić rzeczy, zacznij naginać rzeczywistość. Innej drogi nie ma. Im więcej zrobisz tym więcej będziesz miał pewności siebie i tym większe rzeczy będziesz w stanie realizować. Czekając na jakieś magiczne zrządzenie losu, cudowne spełnienie, marnujesz czas tylko. Nic się nie wydarzy, nikt Ciebie nie uratuje. Brak Ci odwagi do podjęcia trudnej decyzji? Znam to, byłem tu nie raz. Zapewniam Cię, że nic się nie zmieni na lepsze dopóki jej nie podejmiesz - odwaga przyjdzie później, po fakcie, jak już sprawdzisz, że nic złego się nie stało. Zrobiłeś krok do przodu i Świat się nie zawalił. Znaczy że śmiało teraz możesz zrobić krok kolejny. Nie ma co czekać na akceptację. Piszę o tym tylko dlatego że sam bardzo cierpiałem stojąc sfrustrowany w miejscu. Brakowało mi wszystkiego, odwagi, sprawczości, wiary w siebie, czasu, pieniędzy, chęci. Lecz ten marazm był nie do zniesienia i kiedy w końcu ruszyłem z miejsca, opór malał z każdym krokiem. Z czasem, nauczyłem się ufać temu mechanizmowi i robię rzeczy, które kiedyś wydawały się nie do ogarnięcia. Tym razem zapragnąłem wejść na najwyższą górę w Czarnogórze, wyszło to zupełnie inaczej niż sobie wymyśliłem ale też było fajnie i radochę mam z tego wielką. A było to tak: Z Czarnogórą mieliśmy niedokończone porachunki jeszcze z przed trzech lat, kiedy to z Michem i Darkiem objechaliśmy offroadem większą część Bałkanów. Mimo, że była to jedna z najpiękniejszych przygód w życiu to miałem poczucie, że przelatujemy te kraje zbyt szybko, konsumujemy je jak frytki w tanim fast foodzie, bez zastanowienia, bez celebracji, po łebkach, byle się jak najszybciej napchać. Formuła wyjazdu nie pozwalała na dłuższe postoje w jakimkolwiek kraju, i mimo że jechaliśmy offem, czyli niezbyt pospiesznie, to widzieliśmy w zasadzie tylko tyle, co się z kanapy motocykla zobaczyć dało. O zwiedzaniu nie było mowy. Bezspornie też ustaliliśmy, że ze wszystkich mijanych państw, to Montenegro zrobiło na nas największe wrażenie i trzeba będzie tu wrócić. Kolejny raz nieco się rozminęliśmy z terminami i w ostatnim dniu sierpnia ruszamy z Darkiem we dwóch tylko, Michał z Agnieszką ruszają dobry tydzień po nas - więc miniemy się na powrocie. Trochę szkoda, ale też my mamy tylko 9 dni wolnego a Michał ma aż dwa tygodnie,więc w innym tempie będziemy jechać. Ogólny plan jest taki by do Czarnogóry dotrzeć jak najszybciej, obieramy więc wyjątkowo główne drogi i ekspresówki. Nie przepadam za nudnymi prostymi przelotami, ale dochodzimy do wniosku, że to jedyny sposób by spędzić nieco więcej czasu na miejscu. A chcemy zostawić motocykle gdzieś w górach Przeklętych i z plecakami wejść na Złą Kolatę. Mamy też dużą chęć na Bobotov Kuk najwyższy szczyt Durmitoru. Z tymi dwoma szczytami też jest dobra historia. Przez długi okres czasu Bobotov był uważany za najwyższy szczyt kraju a Zła Kolata traktowana była po macoszemu. Niemal jakby leżała za granicą w Albani. Turystyka Czarnogóry skupiona jest w Durmitorze, i nie bez przyczyny, jest to ewidentnie perełka tego kraju, więc Czarnogóra mocno się zdziwiła gdy na jaw wyszło że Zła Kolata jest o 10 metrów wyższa od Bobotov Kuk, detronizując go z pozycji najwyższego szczytu. Dla nas nie miało to zbytniego znaczenia. Obydwie góry kusiły piękną scenerią, dzikością a jednocześnie stopień trudności i wysokość są zbliżone do wejścia na Rysy - więc do ogarnięcia z marszu w zasadzie. Przerwa w podróży motocyklowej, na wyjście w góry, to nasz sposób na spowolnienie wyjazdu i poczucie klimatu tego miejsca. W sumie jak o tym myślę to sprawdzona metoda którą stosuję od wielu lat. W 2006 roku pojechałem tak na Kaukaz, żeby w przerwie od jazdy rowerem wejść Na Elbrus, z kolei w 2023 roku zapakowałem więcej sprzętu na motocykl, by wejść w Słowenii na Triglav. Teraz podobnie pakuję KTMa, nieco ciężej niż bym sobie życzył, ale muszę mieć dobre wysokie buty, w góry, jakiś softshell i trochę szpeju, bardziej przydatnego w trakcie marszu niż na tripie motocyklowym. Ruszamy z Gdańska około 10 już po śniadaniu. Jadę na świeżo nabytym KTM390 Adventure a Darek na sprawdzonej w bojach już Aprilli Tuareg. Nie kombinujemy zbytnio z trasą - idea jest by pierwsze dwa dni cisnąć ekpresówkami byle jak najdalej dojechać. Zwłaszcza że pogoda jest fatalna i prawie cały czas mokniemy. Wyjazd rozpoczynamy ulewą, przez środek Polski jest dość ciepło i nawet trochę podsychamy. Dzień kończymy w Cieszynie jakoś po 19 i jak tylko rozstawiamy namioty znów zaczyna padać. Pada tak bite 12 godzin. Ale nawet bardzo nam to nie przeszkadza. Z racji ostatniego weekendu wakacji na campingu jest impreza w rytmie disco-polo, którego żwawe rytmy ryją nam psychikę do drugiej w nocy. Jedynym ukojeniem jest szum deszczu nieco zagłuszający muzykę. Leje tak, że nie wychodzę w nocy na siku nawet. Choć potrzeba była znaczna. Nie opowiem jak się udało problem rozwiązać bez moknięcia w burzy, ale są sposoby i na takie problemy. W wojsku tego uczą. Chyba. Nie wiem nie byłem wojsku, ale jakoś sobie poradziłem. Dziś zrobiliśmy 646 km, uczciwie przepracowując na wypoczynek. Kolejnego dnia dobiliśmy już do tysiąca kilometrów. Całą noc lało i rano nic nie zapowiadało zmiany. Tak mokrego namiotu jeszcze nie pakowałem. Jazda w deszczu już nam nie straszna, zwłaszcza że jest dość ciepło a wodoszczelne kondomy, utrzymują nas we względnej suchości. To drugi dzień transferu, więc nie zatrzymujemy się nigdzie, wyrabiając normę kilometrów. Jednak deszcz zbiera swoje żniwo w końcu i zaliczam glebę. Gdzieś na Słowacji, trafiamy na tymczasowy mostek, postawiony na czas remontu głównego przejazdu. Jest to prosta stalowa konstrukcja wygumowana w miejscach przeznaczonych na koła pojazdów. Na gumie zebrała się pokaźna ilość wody, jadąc pierwszy momentalnie dowiedziałem się że opony nie mają tu trakcji. Podcieło mnie jakbym na plamę oleju wjechał. Prędkość nie była wielka więc i wywrotka okazała się niegroźna. Z przodu główne uderzenie przyjęły gmole, z tyłu sakwy, a pośrodku moja noga. Gmole się pomaluje, sakwy pokleiłem zestawem naprawczym z decathlona, a skóra na nodze zrośnie się sama. O zachodzie słońca zatrzymujemy się na nocleg nad Balatonem. Na Węgrzech to chyba najbardziej atrakcyjne miejsce jakie znam. Zachód słońca następuje tu o 19 i namioty rozstawiamy już w ostatnich promieniach światła. Mamy jednak trochę szczęścia bo knajpka z langoszami jest czynna do 20 i na kolacje możemy się delektować smakiem tradycyjnej węgierskiej potrawy. Zaraz po zmierzchu nad brzegiem dzieje się coś niesamowitego i miliony małych muszek niepodzielnie zawłaszczają przestrzeń. Jest ich tak dużo, że nie sposób oddychać nie wciągając ich kilku do płuc. Nie gryzą co prawda ale są tak natrętne, że chowamy się szybko do namiotów i zasypiamy, bo nic innego do roboty już nie mamy. Balaton o poranku wiąże się z obowiązkową kąpielą. Jezioro jest bardzo płytkie więc woda w nim zwykle jest przyjemnie ciepła. Dziś jest pierwszy września, data graniczna. Ten dzień zawsze oznaczał koniec wakacji, koniec ciepłych wieczorów, koniec wolności. Dziś zaczynam dzień wychodząc z namiotu, kąpiąc się w jeziorze i parząc kawę na turystycznej kuchence, czuję że oszukałem system. Niespiesznie susząc namioty w słońcu, rozmawiamy z Darkiem o dalszych planach. Nie wiemy czy starczy nam czasu by dojechać na koniec Czarnogóry i wejść na Złą Kolatę, Bardziej prawdopodobny wydaje się Bobotov, jest po prostu bliżej o dzień drogi. Nie podejmujemy jednak żadnych decyzji, zobaczymy jak się będzie jechało przez najbliższe dwa dni. Zrobiło się przyjemnie ciepło i sucho, jakbyśmy cofnęli kalendarz do Lipca, tym bardziej czuję się jakbym coś od świata ukradł. Dziś do pokonania mamy trzy kraje. Kończymy z Węgrami, przecinamy płaski jak stół kawałek Chorwacji i po płudniu mamy wjechać do Serbii. Miało być nudno i trochę przelotowo. Jednak z nudno nam jak widać nie po drodze. Na tym krótkim przesmyku Chorwackiej ziemi, upał zaczynał mocno mnie mulić i siłą rzeczy otworzyłem szybę w kasku, żeby podmuch powietrza nieco mnie ocucił. Mam dodatkową blendę przeciwsłoneczną i zawsze w upalne dni otwieram kask. Nie daję rady inaczej bo się przegrzewam. Te dwa lata temu, w Chorwacji oberwałem osą pod oko. Dziś w podobny sposób zginęła pszczoła. Z lekkiej zamuły wyrwał mnie gwałtowny ból wbitego nad okiem żądła. Od razu wiem w czym rzecz i staję na poboczu. Mam wrażenie, że co roku przerabiam podobną historię. Szkoda mi tych owadów, bo giną bezsensowną śmiercią. Lecz szkoda mi i siebie, bo wiem jak organizm zareaguje i już jutro będę wyglądał jakbym miał piłkę do kosza zamiast głowy. No niech to chuj. W najbliższym sklepie stajemy w poszukiwaniu zimnej puchy, żeby do czoła przyłożyć. Pani ekspedientka widząc w czym rzecz ratuje mnie workiem lodu. Zamrażam sobie prawie tą pustą głowę w nadziei, że może tak nie spuchnie. Lecz dobrze wiemy czyją matką jest nadzieja. Granicę z Bośnią przekraczamy dość wcześnie, lecz nie jedzie się płynnie. W całym kraju są strajki kierowców tirów, blokują wszystkie większe skrzyżowania stawiając ciężarówkę tak, że przejazd dla większych aut jest niemożliwy. Policja organizuje objazdy, lecz w wielu miejscach ruch jest sparaliżowany. My oczywiście zmieścimy się wszędzie ale jest z tym sporo kluczenia. Tym sposobem tracimy trochę czasu i nie dojeżdżamy na noc do Sarajewa, a szkoda, marzył mi się nocleg w tym mieście. No nic, rozbijamy się nad jedynym jeziorem w okolicy Modrić. Zachód słońca jest urzekający i cieszymy się bardzo że udało nam się znaleźć takie miejsce. Widać wszędzie ślady bo wędkarzach, jakieś zawody się tu odbywały, są jeszcze nieposprzątane namioty, stoły krzesła, ale ludzi zero. Rozstawiamy nasze przenośne domki poraz już kolejny w ostatnich promieniach słońca. Siadamy na krzesłach przeznaczonych dla wędkarzy i bezczelnie gapimy się na pojawiające się nad nami gwiazdy. Jest idealnie. Po przeciwnej stronie jeziora z meczetu dobiegają orientalne zaśpiewy a my konsumujemy te wrażenia zamiast kolacji. No dobra, skusiła mnie poezja wyrażenia, bo kolacje mieliśmy w sumie niezłą. Kilka godzin wcześniej w piekarni kupiliśmy burki z serem i placki z podobnym nadzieniem. Niezbyt lekkie to jedzenie, ale energii daje moc. Mam wymarzony plener do zdjęć nocnych więc trochę biegam z aparatem i statywem z różnymi efektami. Później wszystko szlag trafia, ale póki co jest sielsko. Cała akcja zaczyna się o 4 nad ranem, kiedy gość przepitym głosem zaczyna nas wybudzać ze snu. Hop Hop Hop, - Drze się niczym żandarm. Wake up Wake up guys. - Głos ma niesamowity, jak gdyby całą noc asfalt wrzący popijał gruzem. Zbieramy się nieprzytomni sprawdzić, co to za raban. Okazuje się, że nad jeziorem odbywają się mistrzostwa świata w łowieniu ryb i każdy metr plaży jest zarezerwowany dla innego zawodnika, zostajemy poinformowani że mamy 15 min żeby się usunąć z tego pola bitwy. Zero mycia zębów, kawusi czy śniadanka. W życiu nie spakowałem się w 15 min, ale jakoś się udaje. Pierwszy raz ruszamy równo ze wschodem słońca i widok jest magiczny. Jezioro jeszcze spowite mgłą, nieśmiało wpuszcza pierwsze złote promienie słońca. Mgła niewielkimi fragmentami ustępuje, uchylając rąbka baśniowych krajobrazów. Robie kilka zdjęć, ale naprawdę szybkich, bo na plaże pakują się dziesiątki busów z wędkarzami. Na koniec dnia jezioro będzie martwe, równie dobrze mogli by te ryby dynamitem łowić. Oddalamy się paręnaście kilometrów od jeziora i na spokojnie pod wiatą rozpakowujemy się na nowo i suszymy namioty z nocnej rosy. Nieśpiesznie przygotowujemy śniadanie, spożywając jak możne pany przy stole. Z pewnym niepokojem obserwuję że w nocy w znacznym stopniu straciłem symetryczność twarzy. Nie jest jeszcze fatalnie, ale już wiem, że lód nie pomógł i jutro opuchlizna będzie dwa razy taka. No nic - lecimy dalej. Dziś za cel bierzemy Durmitor, lecz droga doń nie jest już zwykłą dojazdówką. Robi się coraz bardziej kręto, nieco górzyście a po 2 godzinach jazdy robimy przystanek w Sarajewie. Nie bardzo możemy pozwiedzać, bo nie ma jak zostawić objuczonych motorków bez nadzoru. Pewnie byśmy coś wymyślili, lecz nie chcemy też zbyt wiele czasu tu spędzić, żeby dojechać w góry przed nocą. Robimy więc przerwę na lody (gorąc jest niemożebny) i na krótki lot dronem. Miasto robi na mnie duże wrażenie i koniecznie będę tu musiał wrócić na dłużej. Jest spore, ale daleko mu klimatem do metropolii. Pięknie ulokowane w rozłożystej dolinie, środkiem której płynie rzeka, ma bardzo malowniczą panoramę. Są tu minarety nadające orientalnego klimatu i muzeum kotów świadczące o lekkiej nucie szaleństwa. Lubię dozę szaleństwa. Z lotu ptaka udaje mi się złapać miejsce w którym dokonano zabójstwa Arcyksięcia Ferdynanda rozpoczynając pierwszą wojnę światową. (Dzięki Natalka, że zwróciłaś mi na to uwagę). Do tej pory stoi tutaj to samo auto (lub jego replika). Niesamowite jest to, że w tak pięknym miejscu miał początek jeden z największych dramatów ludzkości. Z drugiej strony myślę sobie, że jesteśmy niesamowici w wymyślaniu abstrakcyjnych fikcji piekła, na potrzebę religijnych zabobonów. Nie potrzeba nam wszak piekła jeśli mamy siebie do dyspozycji. Na ludzką naturę zawsze i niezawodnie można liczyć. Zupełnie abstrahując od tego, że jestem teraz na motocyklu i przeżywam coś niesamowitego podzielę się pewnym doświadczeniem. Może nie o pierwszej wojnie światowej, ale bardziej o drugiej. Miałem okazję ostatnio uczestniczyć w ekshumacjach niemieckich żołnierzy, których mogiły, zwykle bezimienne ścielą się gęsto po Polskich lasach. Ta część historii była dla mnie do tej pory czarno biała, niczym kadr ze starego filmu. Dotyczyła ludzi z poprzednich pokoleń, osób starszych jakby nie przystających do naszych czasów. Jakby mnie już nie dotyczyła ich sprawa, ich historia. Jednak odkopując ich szczątki, starannie oczyszczając kość, odklejając z nich resztki mundurów, próbując dopasować pourywane nogi do resztek korpusów, w zbiorowej mogile odkryłem, że nic się nie zmieniło. Że to byli osiemnasto - dwudziestoletni chłopcy. Mieli w portfelach aluminiowy grzebyki, maszynki do golenia i kilka prezerwatyw. Nie byli starszymi panami z jakimi wspomnienia o wojnie się kojarzą. Ich roztrzaskane czaszki miały żółty kolor. Nie są już dla mnie czarno białym kadrem z dokumentalnego filmu. Czułem ich zapach, dotykałem faktury ubrań. Znam ich z dotyku. I wiem że umarli w koszmarny sposób. Na pewno nie wybraliby śmierci w przydrożnym rowie. I wydaje się że coś powinno się zmienić na tej planecie przez 80 lat gdy leżeli w piachu. Ale takie same zbiorowe mogiły produkuje się teraz za wschodnią granicą. Z tych samych przyczyn. Kurwa słabo mi i wstyd. Po ludzku przykro, że znowu to robimy. Będę wklejał w kawałkach bo kapkę tego wyszło. W razie czego pełna relacja i film jest dostępna na blogu https://ciaho.blogspot.com/2026/08/b...7xwD6f_uUXjnOA
__________________
"Albo znajdziemy drogę, albo ją sami wytyczymy" Hannibal http://ciaho.blogspot.com |
|
|
|
|
|
Podobne wątki
|
||||
| Wątek | Autor wątku | Forum | Odpowiedzi | Ostatni Post / Autor |
| Czarnogóra/Albania A.D. 2025 Moto - 8-10 dni | ramires | Przygotowania do wyjazdów | 80 | 02.07.2025 09:16 |
| Motocyklem na Rodos | yafii | Trochę dalej | 10 | 19.04.2024 20:25 |
| Czarnogóra wrzesień/październik 2019 na XR400 i DR350, trochę trekkingu, trochę TETu i dużo burka. | CzarnyCzarownik | Trochę dalej | 18 | 21.02.2022 22:14 |
| Czarnogóra i Albania, wrzesień 2016 by Śluza | sluza | Trochę dalej | 22 | 01.11.2016 21:34 |