Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary Dzisiaj, 19:12   #6
arbo
dupa nie ajatollah


Zarejestrowany: Jul 2023
Posty: 1,372
Motocykl: xd
arbo jest na dystyngowanej drodze
Online: 1 miesiąc 1 tydzień 14 godz 56 min 23 s
Domyślnie

Jak część z Was z pewnością wie, niechętnie publicznie dzielę się miejscami, które odwiedzam (albowiem nie mam najmniejszej ochoty na powstawanie tamże kurortowisk), więc tak se myślę, że jak już mam coś napisać, to - nawiązując do tytułu wątku - napiszę o ludziach, którym nie zabrakło tej fantazji, która nam, Polakom, się chyba powoli wyczerpuje.

Wiecie również, że mazeniakowi ciężko zaimponować i że jadę po każdym jak po burej suce (niektórzy się oburzają, niektórzy olewają, niektórzy wiedzą jaka jest prawda), niezależnie czy przejechał Afrykę Afryką, Grenlandię Gejosem czy Chiny chińskim moplikiem, w dodatku na piechotę, bo trzeba było go pchać (tak, nawet Chomikowi się dostało za afrykański pośpiech, choć mam do niego ogromny szacunek, hehe), więc poniższa lista będzie konkretna, choć krótka.

Ale te kilka spotkanych po drodze osób mi przywraca wiarę w ludzi.
I załamuje mnie, że nie ma wśród nich żadnego naszego rodaka.
I tak - zaczniemy od Yotaro. Co prawda zacząłem od Saszki i Sierioży, ale tylko pobieżnie, wrócę do nich.

Yotaro.

Na początek zarys sytuacyjny.
Akurat byłem w odwiedzinach u Akima, znajomego, który prowadzi mechmonchonę (hostelik) w Murgabie w Pamirze. Osobiście nie korzystam z takich przybytków specjalnie często (właściwie w ogóle), ale w 2024r. spędziłem u Akima 8 bitych dni ciężko je przechorowując, a później w drodze powrotnej z włóczęgi z plecakiem po górach czekając na podwózkę do Kirgizji kolejne 6 dni (wówczas były grube kłopoty z możliwością przedostania się przez granicę, a ja wyjątkowo nie byłem zmotoryzowany), a on i jego rodzina nie dali mi ani zbankrutować, ani umrzeć. Od tego czasu regularnie go odwiedzam, w tamtym roku również u niego byłem.

Mechmonchona "Aruf" (tak ma na imię jeden z synów Akima) to niewielki hostel na wschodnim skraju Murgabu - i tu będzie kryptoreklama - za niewielkie jak na tutejsze warunki pieniądze (150 TJS za żarcie i spanie) i z naprawdę fajnym traktowaniem gości. Najczęściej zatrzymują się tu pedalarze i backpakersi, ale paru bajkerów (a nawet jakieś auta) również tu widziałem zarówno podczas mojego tam pobytu w 2024, jak i późniejszych odwiedzin. Piszę o tym, bo najczęściej zmotoryzowani przyjezdni wybierają drogie przybytki w centrum (takie po 30 i więcej jurków). Przy okazji odwiedzin zaglądam również do części "turystycznej", ot tak - żeby pod pozorem przygotowywania se herbaty (prócz regularnych posiłków - śniadań i kolacji, zawsze na wypasie, można sobie zrobić kawę, herbatę, wsio jest) zobaczyć czy nie ma jakichś rodaków, podsłuchać o czym gadają (pedalarze najczęściej nudzą: standardowe ich gadki to ile to kilometrów dziennie machnęli i gdzie można znaleźć wodę - jeszcze nie słyszałem, żeby któryś np. zachwycał się krajobrazami czy gadał o miejscowych zwyczajach itp.), pośmiać się w duchu z bohaterszczyzny turystów czy ściągnąć do parteru specjalistów instagramowych wygłaszających jakąś bzdurę o Sowietstanach (ulubiony temat mądrali to Aral i ekologia).

No i tak se podsłuchuję i słyszę, jak jakiś młody Japoniec gada, że szuka podwózki stopem do Kirgistanu. Pewnie gdyby to był jakiś Szkop albo Austryjak to bym zjebał, jak pół godziny wcześniej zjebałem publicznie oba te narody za brak empatii dla autostopowiczów - zjebę poparłem przykładami z mojej własnej 30-letniej historii włóczęg po świecie. A skierowałem ją niby abstrakcyjnie w przestrzeń, ale mając pełną świadomość, że w towarzystwie siedzi kilka osób z Niemiec. Po moim elaboracie nastała niezręczna cisza, hyhy. Opisałem między innymi sytuację, która mnie spotkała w 2024 roku, gdy siedząc trzeci czy czwarty dzień z rzędu przy trakcie kilka kilometrów od Murgabu i czekając na COKOLWIEK jadącego w kierunku granicy, zatarasowałem drogę dwóm hitlerowskim kamperom, bo już z daleka widziałem, że nie chciały się zatrzymać. Barwnie - używając na tyle dużo wulgaryzmów (po angielsku, niestety ich wymowa jest raczej słaba, nie to co polskie "kurwanędzajapierdole"), by dotarło - opisałem, jak spuściłem kamperowcom werbalny wpierdol za to, że nawet nie chcieli się zatrzymać, by choćby spytać, czy może wody czy coś. W środku, kurwa, niczego, upał, gorąco, sucho, samotny gość z plecakiem z daleka macha, a ci nic. Nie ustąpiłem z drogi, byłem twardy niczym Tomylidżons w Ściganym - hamulce aż im zgrzytnęły jak piasek w zębach. "But we have no place". Wsadziliby w te kampery ze cztery Afryki i upchali jeszcze trzema Tenerkami, ale miejsca, kurwa, na jednego stopowicza nie mają. Z wrażenia aż zapomniałem krzyknąć im na pożegnanie "sieg heil", a powinienem, hyhy. Opisałem też inną sytuację, gdy kolejnego popołudnia zaczepiłem na bazarze w Murgabie parkę z kamperem tym razem z Austrii, opisałem sytuację i pytam czy nie podwiozą, owszem, tylko muszą zrobić jakieś zakupy, coś zjeść i za dwie godziny będą z powrotem. Mówię, że czekam cztery dni, mogę poczekać jeszcze te dwie godziny. Po dwóch godzinach przyszli - "ale wiesz, my jednak zdecydowaliśmy się, że nie". Wcięło mnie na miejscu, nie wiedziałem co odpowiedzieć, zatkało mnie na amen. Po prostu bez słowa dałem im odejść. To najgorszy rodzaj ludzi - dają ci nadzieję, właściwie pewność, a potem niespodziewanie ją odbierają. Takich negatywnych spotkań w moim włóczęgowskim życiu z tymi dwoma nacjami miałem więcej, dlatego zdecydowanie nie lubię spotykać po drodze ani Szkopów, ani Austryjaków. Sam wziąłem niejednego Germańca na stopa i - gdy się już zorientuję, że to Germaniec - z dziką satysfakcją wtedy opowiadam powyższe historyjki akcentując kwestie edukacyjne i morał - co oczywiście jak grochem o ścianę (najczęściej wtedy szybko zmieniają temat).

Japoniec do tej kategorii zdecydowanie nie należy, więc w głowie już układam chytry plan. Wykorzystałem moment gdy zostaliśmy sami i gadam do niego:
- Słuchaj, Dżapsie, mam propozycję. Podwiozę Cię do tego Twojego Kirgistanu, ale ponieważ mam swoje plany, będziesz musiał się nieco dostosować. Otóż chcę jeszcze chwilę zabradziarzyć w górach, wiesz, spacerek z plecakiem po lodowcu, takie tam, nic wielkiego, bez obaw, ekstremów nie będzie, żadnego fullmetaldżaketklajmbing. Miejsce w struclu masz, w namiocie też, gaz, lodówka i liofy w zestawie, nawet mam drugę parę raków, a i jedną dziabkę pożyczę, gdyby trzeba było użyć na lodowcu. Czym chata bogata. Chcesz - jedziesz, nie chcesz, nie obrażę się, choć wiem, jak ciężko Japończykowi ze względów kulturowych powiedzieć "nie".

Widzę w jego oczach nadzieję i obawy - zwłaszcza, że koleś, który mu to proponuje wygląda jak połączenie żula z mechanikiem samochodowym (kilka dni wcześniej zmieniałem półoś w miejscu daleko-od-nigdzie, a jakże, to moja stała tradycja w Azji, a wyprać, no cóż - z reguły piorę się już w domu), a ogładę ma typowo polską - czyli zupełnie nieprzystającą do japońskiej grzeczności. Ot, typowy Polak-burak (znacie mnie, hyhy).
Chłopak chwilę się wahał, bo musiał wyjechać z Tadżyka w ciągu pięciu dni - dlatego się zastanawiał, czy zdążymy, ale dałem mu słowo, że go dostarczę na granicę w terminie - no i se klepnął w swojej japońskiej mózgownicy: OK.

I nie to, że był w podróży cztery miesiące, że zapracował sam na tę włóczęgę dookoła świata (w końcu nie on jedyny; nota bene chłopak planuje również Polskę po drodze), tylko co innego mi u niego zaimponowało.
To, że nie posiadając zupełnie żadnego górskiego doświadczenia nie wystraszył się łażenia po lodowcach na dużej wysokości (5200m npm) z jakimś popieprzonym Polakiem w jakimś zupełnie dzikim zakątku Pamiru, gdzie nikt nie zagląda (ostatnia ekipa była tam w 2015 roku, a z całego tego pasma wpisów np. w AAC jest wszystkich raptem 11, słownie: jedenaście, w tym moje).
To, że przystosował swoją fantazję podróżniczą do mojej fantazji żulika.
To, że w ciemno zgodził się na dosyć ciężką (choć krótką) dla takiego amatora jak on wyrypę - na spanie na lodowcu, na łażenie po osypujących się morenach, na jazdę w nieznane i ryzyko wklejenia strucla na odludziu, na grubszą awarię strucla, na pokonywanie lodowatej i wartkiej rzeki z wodą powyżej kolan (pokonywaliśmy ja sczepieni we dwójkę i podpierając się kijami, nie dało rady w pojedynkę).

Po powrocie otwieram skrzynkę mailową i czytam w mailu od niego między innymi:
"I don't forget the treck to go to Glacier and the coldness of river haha
Thank you so much again. We'll see you in Poland."



(Uwaga techniczna: nie wiem czemu, ale obrazki powoli się wczytują na forum, choć nie są wielkie - każdy ma raptem po ok.100-200KB; na postimagesie hulają szybko).

Yotaro przed startem w góry zastanawiający się jeszcze, czy to aby dobry pomysł, że się zgodził na propozycję tego Polaka, co wygląda jak połączenie żula z mechanikiem, ale zrezygnowany uznał, że już wyjścia nie ma, bo ten durny Polak wwiózł go tym swoim starym struclem w jakieś dzikie zakątki, skąd na nogach powrót daleki:



Yotaro dzielnie popierdala po osypujących się morenach:



Yotaro dzielnie popierdala po lodowcu:



Yotaro ściorany jak cholera, ale szczęśliwy, bo nigdy nie był tak wysoko i tak daleko, obok wspomniany Polak-żulomechanik:



Yotaro ściorany jak cholera, ale szczęśliwy, bo przeżył przeprawę przez rzekę:



Yotaro ściorany jak cholera, ale szczęśliwy, że w końcu odpoczywa nad Karakułem, a do granicy został mu już tylko jeden dzień z Polakiem-żulikiem:



Na koniec dwie japońskie ciekawostki.

Gdzieś tam w pewnej rozmowie (kuźwa - chłopak gadał trochę również po rusku! sam się nauczył w ciągu 3 miesięcy przed wyjazdem z Japonii) mówię, że z Japonii znam i lubię Kitaro. On mi na to: Znasz Kitaro? Niesamowite! Okazało się, że jednak jest między nami różnica pokoleń (on jest przed 30-tką). Mój Kitaro to kompozytor, jego Kitaro to jakaś postać z anime czy inne ujwico. Cytując klasyka: "śmiechom nie było końca."

Druga to taka, że Yotaro - bez żadnego obciachu - kilka razy zaśpiewał.
Gdy spytałem co śpiewa - mówił, że śpiewa o górach, o tym, że jest szczęśliwy, śpieewa, bo Japończycy tak mają. Po prostu chłopak improwizował muzycznie swoje zachwyty.

I tym też mi zaimponował.

W nagrodę dostał to:

__________________
Może zasugerować, że Hyde park tylko dla dorosłych? Bo z tym na własną odpowiedzialność nie wszyscy rozumieją jak widać. Wchodzą i narzekają że jest jak jest. To tak jakbym wszedł do monopolowego i prawil kazanie jaki alkohol szkodliwy.
(copyright Fazik)
arbo jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem