Po wyjeździe z Sarajewa robi się tylko piękniej i piękniej. Droga jest coraz bardziej kręta i wąska. Trafiają się na niej osiołki zalegające w słońcu i w dupie mające wyższość automobilii nad materią organiczną.

Granica z Czarnogórą, jest jedną z fajniejszych, przekracza się nad górską rzeką, o szmaragdowym kolorze i zastosowaniu raftingowym. Przejeżdżamy drewnianym mostem i już jesteśmy w Czarnogórze. Droga wzdłuż Rzeki Piva jest najbardziej epicką drogą, jaką można sobie wyobrazić. Zresztą cała Czarnogóra urywa dupę, delikatnie rzecz nazywając. Ekspozycje przyprawiają o zawrót głowy, kolory są nierealnie nasycone, woda szmaragdowa, góry surowe, zieleń wręcz ekploduje. Jak z pocztówek rajskich wysepek. Nie kąpiemy się dziś w Pivie bo do zmroku wiele nie zostało - jest już wrzesień w końcu, a chcemy namiot za jasnego rozstawić. Napawamy się więc zakrętami i widokami w promieniach zachodzącego słońca. Dobrze pamiętam tą drogę z ostatniego razu… ale nic jej nie ubyło z zajebistości i nadal cieszy tak samo. Jest surowo, jest pięknie, bordery zaganiają owce, gdzieniegdzie jeszcze widać zeszło zimowy śnieg.
Na camping dojeżdżamy o czasie, czyli jeszcze za widnego. Nic tu nie ma - znaczy zero infrastruktury, zero zasięgu, drewniany wychodek jest i to tyle. Ale camping jest oficjalny i rano strażnik lasu pobierze od nas opłatę za przywilej spania na polanie pod gwiazdami.
Jest idealnie pięknie, lepszego noclegu bym sobie nie wymarzył. W nocy nie możemy oderwać oczu od gwiazd. Są takie wyraźne i soczyste że można je łyżką z nieboskłonu zdrapywać i zajadać. Łażę więc po ciemku z aparatem miast spać spokojnie, i kolekcjonuję kadry gór i nieboskłonu, na później, kiedy mnie szorstkość miasta zmęczy i zmysły zdjęciami będę sobie potrzebował wygładzić.
Noc była dość chłodna, podejrzewam, że z racji wysokości na której jesteśmy, lecz nie na tyle by się nie wyspać, na szczęście. O poranku budzi nas deszcz uparcie uderzający w ścianki namiotu, nie jest to wielkim problemem bo to przelotny opad. Otwieram suwak wejściowy i widzę jak szczyty w około pokryte są chmurami, przez które nieśmiało wdzierają się pierwsze promienie słońca. Chwytam więc aparat i lecę łapać te cuda do swojej kolekcji. Prawie nie zauważam że widzę już tylko na jedno oko, drugie całe spuchło, zostawiając niewielką szparę na światło… no chuj niech mu będzie, nic z tym nie zrobię.
[IMG]hhttps://lh3.googleusercontent.com/pw/AP1GczPQtQZsPZEvsmA5tn6TT8t1zgjn8wav03lVmUH6H6mMTq NP0zS9hVjBCdSc3JqkSxuKh_SiS4A2JAp1eOE_WhG87sLOM7Ax 8eGAqzHQIJfl0KiLEC5WEjqmqSWkxHusQCpfzxOmAHJLQPixXi Qbk4NSbA=w2006-h1756-s-no-gm?authuser=0[/IMG]
Darek ma inny problem, nocne ładowanie powerbanka, rozładowało w Aprilce cały akumulator, okazuje się że ogniwa ma wielkości pierników toruńskich więc za dużo prądu motocykl nie przechowuje. Na szczęście na campingu jest z nami inny motocyklista. Ma porządny powerbank do odpalania awaryjnego motocykli - Darek ma taki sam, ale szkoda że w domu. Po odpaleniu jeździ chwile po polu w koło i zostawia moto na chodzie przez 20 minut celem wygenerowania większego zapasów elektronów. Na szczyt ruszamy o 8 zostawiając wszystkie nasze precjoza w namiotach i licząc na życzliwość innych ludzi. Bo komu się będzie chciało zapuszczać aż tutaj, by ukraść brudny śpiwór i przeorany życiem namiot … mam nadzieję że nikomu.
Podejście pod Bobotov Kuk nie jest trudne szczególnie, wyskokość jak nasze Rysy i trudność też podobna - powiedzmy jak podejście od Słowackiej Strony. Pierwsze dwie godziny nie spotykamy nikogo, szlak jest schodzony ale nie jakoś wyślizgany szczególnie. Widoki za tą są boskie i często stajemy zdjęcia robić. Dopiero pod samym szczytem łączą się szlaki i spotykamy kilka osób. Jedną z nich jest Santiago z Argentyny. Szybko łapiemy wspólny temat, kiedy dostrzega zwisający u mego boku aparat. Santiago z zamiłowania był graczem w piłkę ręczną, ale od lat żyje z fotografowania zawodów i zawodników tejże. Podróżuje po świecie, wszędzie tam gdzie się coś w tej dziedzinie aktualnie rozgrywa i cyka foty. Sprzedaje je później drużynom, zawodnikom, ich rodzinom. Nie ma domu, nie ma nawet namiotu, ma tylko plecak i tak od dziesięciu lat. Można ciekawe życie prowadzić? Ano można. Dużo dała mi ta rozmowa w trakcie podejścia na szczyt. Obawialiśmy się, że nie będzie żadnych widoków, Ponieważ już od rana wierzchołki wszystkich szczytów tonęły w chmurach. Kilka schodzących z góry osób nie kryło rozczarowania. Do nas jednak los się uśmiechnął, ponieważ przed samym wejściem na górę, pokrywa chmur się podniosła i mieliśmy piękny widok na całą okolicę. Siedzimy tam z Darkiem ze 40 minut, robię masę zdjęć, bo jak już się rozniosła wieść że jest tu “profesjonalny fotograf” to każdy prosi o zdjęcie. . Trochę mi Santiago reklamy narobił. Na zejściu się z Darkiem minąłem i zgubiliśmy się. Niby niemożliwe ale dało się przez moją nieuwagę. Myślałem że go gonię i ciągle przyspieszałem, a on z kolei nie mógł mnie dogonić. A szkoda bo mieliśmy super miejscówkę na przerwę obiadową, z widokiem na całą dolinę. A tym sposobem zeszliśmy dużo niżej, nim się połapalpałem, że miast gonić to uciekam. Niemniej widok nadal był niezły, a liofilizaty zacnie weszły po takim wysiłku.

Chwilę później z tych wszystkich zgromadzonych chmur lunął deszcz, zaraz po nim grad. Nie było się gdzie schować więc przytuliliśmy się do skalnej ściany, żeby choć częściowo zredukować uderzenie gradu, a kiedy nawiększy atak przeszedł, ruszyliśmy dalej. Bardziej niż ten deszcz zmoczył mnie uszkodzony camelbak na plecach, będę musiał go wywalić. Całe wyjście w góry to kilkanaście kilometrów ale zmęczyło nas nieźle, na camping doszliśmy o 15. Namioty czekałyna nas tak jak je zostawiliśmy. Dajemy im chwilę na przeschnięcie i pijąc kawę podejmujemy decyzję, że zjeżdżamy nad jezioro Piva i szukamy tam noclegu pod dachem. Wszystkie urządzenia na prąd mamy rozładowane, trzecii dzień się nie umyliśmy, mordę mam opuchniętą i jesteśmy głodni jak smoki -trzeba trochę odżyć w cywilizacji.
c.d.n....