Taaaa.
Potrafi to być wnerwiające.
W tamtym roku kiblowałem se gdzieś nad północnym Aralem - postawiłem strucla na nockę jakieś półtora-dwa kilometry od brzegu.
Rano przed świtem biorę aparat z jednym obiektywem (24-105) z zamiarem pstryknięcia kilku fotek o wschodzie słońca i dymam nad brzeg. Sam wschód był spektakularny w innym kierunku niż nad wodą, ale se myślę, jak już tu jestem to kliknę w stronę Arala też. No i klikłem, a tam w dali jakieś ptaszyska. No, ptaszyska jak ptaszyska, nic wielkiego.
Po powrocie do domu wrzucam foty w kompa i lecę z wywoływaniem, oglądam w powiększeniu na pełnej rozdzielczości, przygotowuje do albumu... No i patrze se też na te ptaszyska i...
Kurwica na własną głupotę mnie wziena.
Te ptaszyska to flamingi były.
A tele 300mm jak ostatni debil zostawiłem w aucie, bo mi się nie chciało nosić te dwa kilometry. No to mam te flamingi co ich prawie nie widać, że to flamingi.
Niżej wycinek 1:1 z pełnej rozdzielczości. A w pełnym kadrze (np. na rozkładówce albumu 60x30cm) to po prostu małe jasne plamki.