Dziadek! Dziadek! Dociera do mnie echo.
Odwracam głowę...
Dziadek! Patrz, jak jadę z jedną ręką!
Odzyskuję świadomość. Chwile potem Kacper...

...ląduje w swoich malinach i znika z oczu.
Zbiera się bez ceregieli.
Dziadek! Widziałeś?!
- Widziałem, widziałem! Pięknie w te maliny wjechałeś

Z jakim rozmachem!
Chłopaki, zbierać się! Ja prowadzę!
Po dwóch kilometrach Marysia skręca ze ścieżki rowerowej w drogę gruntową.
- Ja prowadzę! krzyczy Marysia.
Dobra! Odpowiadamy zgodnie z Kacprem. Jadą razem, ja za nimi. Mijamy jakieś podwórze. Tak na oko (po to Bog dał nam oczy, by mierzyć na oko), to się zaraz droga skończy. Kończy się ale nie dla drapichrustów. Wjeżdżają na polanę z wysoką, nieskoszoną - położoną przez zimę trawą. Zatrzymuję się i patrzę jak sobie będą radzić. Co tam trawa...
W końcu teren ich pokonał ale tylko na chwilę.
W ogródku przyległego domu widzę starszego pana na wózku inwalidzkim.
- Przepraszam bardzo. To pewnie pana łąka, nie zdążyłem zatrzymać szkrabów.
Nic nie szkodzi. Jak przepchacie rowery, to dojedziecie do drogi.
Jest jednakowoż alternatywa. Tuż obok można drogą gruntową ponownie dojechać do ścieżki rowerowej. Nieśmiało proponuję ten wariant.
- Dobra! Komenderuje Marysia. Jedziemy!
No to jedziemy za Marysią dość ostro pod górkę. Zaczyna mi się ta wycieczka coraz bardziej podobać...