Zarejestrowałem się z duszą na ramieniu prawie rok temu na forum.
Ponownie. Dzięki Wierny.
Data pierwszej rejestracji stawiała by mnie przed Wasilczukiem np.
Wspominałem o tym (ale tym postom pozwalałem "żyć" w ściśle określonym terminie) by zachować taką ciągłość narracji na jakiej mi zależało i by moje samobiczowanie, nie zdominowało tego wątku.
Wątek powstał w określonym celu. O tym też pisałem.
W momencie, kiedy się rejestrowałem toczyłem wojnę. Wojnę z władzami Gdańskich Nieruchomości, z sąsiadem, który przejął kontrole nad kamienicą w której mieszkam i był wstanie zdobyć się na każdą podłość, by osiągnąć swój cel.
Istotą sporu było program Wspólne Podwórko 2023. Nie będę opisywał tego, co się działo. Dopiero po roku czasu mogłem dzisiaj stanąć przed Wysokiem Sądem (nie bez kozery piszę urząd z dużej litery) i w końcu przedstawić moje racje.
Wysoki Sąd ze względów proceduralnych uniemożliwił mi korzystanie z niezbędnych, bardzo obszernych notatek. Wytłumaczył mi dlaczego ale zapowiedział, że będę je mógł wnieść na kolejnej rozprawie jako materiał dowodowy.
Zapowiedział, kiedy mnie wysłuchał...
Ja już dawno zatraciłem zdolność do ustnego przekazu. Są wyjątki. Wyjątkiem są młodzi ludzie, do których potrafię trafić jeszcze z tym ustnym przekazem. Czasami w pociągu ktoś mnie pociągnie za język ale ja się już ze swoimi "tematami" nie wyrywam. W podróży, to ja jestem intuicyjnie (jeszcze) "zaczepiany"...
Czego już nie potrafię w środowisku moich przyjaciół, bo przypominam starą, zgraną płytę. Taki syndrom mojego bardzo serdecznego kolegi, który ma tu swój wątek i działa w tym samym trybie. Wystarczy zamknąć gębę, wyłączyć nadawanie. Jezuuuu, jak się tego uczę!
Dzisiaj przed Wysokim Sądem stanąłem za tą "mównicą" i pierwsze, co usłyszałem, to prośbę by odłożył ten bardzo grubą teczkę notatek, pogrupowanych w odpowiednie czasowe koincydencje itd...
Była tam wiodąca strona, na której miałem wypisane hasła miały mi ułatwić narrację w określonym porządku.
Wszystko też po to, by nie "rozciągać tematów", co niestety mam w zwyczaju.
Nie bez kozery wstawiłem wczoraj ilustrację strony tytułowej biografii Jacka z Londynu.
Jego biografia to esencja duszy wojownika z jednej strony, z drugiej człowieka szukającego swojej tożsamości. Determinacja, z jaką walczył z zimnymi wodami Zatoki San Francisco przypomina moje "potyczki" z życiem... Nie w takim wymiarze ale finalnie to nieustająca walka z dyskomfortem. Porażka, za porażką ale... do przodu.
Siedzimy wczoraj w południe z sąsiadką przy stole w jej mieszkaniu. Sąsiadka po udarze, jej mąż po dwóch. Wszystko ma miejsce w ciągu tego roku, kiedy ja do Was nadaję. Piszę pierwszy raz "W"as, z dużej litery. Nie musicie tego wiedzieć. Wystarczy, że ja wiem.
Siedzi przy tym stole też Strażnik Domowy z nasilonymi migrenami... Tylko mi kurwa nic nie jest...
Cdn...
__________________
Jam nie Babinicz...
|