|
Elwood
Zarejestrowany: Apr 2025
Miasto: Przystanek Oliwa
Posty: 1,130
Motocykl: Wrublin
Online: 2 tygodni 1 dzień 2 godz 3 min 4 s
|
Zajmująca fizyka...
...polecałem już książkę z tej serii. Powinna zagościć w biblioteczce każdego rodzica.
W filmie: "...pytanie jak działa rower? - jest zaskakująco podobne do pytania: jak lata samolot?. Nie ma jednej, krótkiej odpowiedzi. To nie jeden mechanizm, lecz synergia wielu efektów: stabilizacja żyroskopowa, geometria ramy, mikrokorekty kierownicą, interakcja opony z podłożem. A do tego jeszcze integracja biologii z techniką â mięśni z przekładnią, metabolizmu z mechaniką klasyczną....".
I jak zawsze bogata bibliografia. Jeden z moich ulubionych współczesnych prezenterów nauki, który w fascynujący sposób przybliża nam fizykę na co dzień.
Warto przesłuchać dwa lub trzy razy, porobić notatki i sięgnąć do literatury. Szukać potwierdzenia, stawiać samemu sobie pytania i udzielać odpowiedzi.
Z fizyką jest jak z wychowaniem fizycznym. Pokaz czyni cuda.
Oczywiście wiedza, dlaczego rower jedzie - w niczym rodzicowi do nauki dziecka niepotrzebna poza jednym, że po którejś, kolejnej próbie puszczenie gagatka samopas, po prostu przyniesie efekt. Im mniej jednakowoż troskliwy tata będzie w tym procesie nauki, fizycznie dziecku pomagał, tym lepiej.
Z czasem rowerzysta może dojść do poziomu speca od niezbędnej listy zbędnych fantów i wiedzy eksperckiej pozwalającej wytłumaczyć, że gravel to...
Ja nie czuję się rowerowym ekspertem, by rozwiązać zagadkę zawartości rowera w rowerze, bo zatrzymałem się w rozwoju na etapie rowerowego Grzesiuka.
"...Dwieście kilometrów z bagażem to nie byle co, ale jak ja tę trasę przerobiłem w obie strony nogami, to co to dla roweru? Jeden dzień - i jestem w Lublinie, następny dzień - na miejscu. [...]
Rano pogoda była taka coś nie bardzo, ale, od czego optymizm - pogoda się ustali. I faktycznie. Ledwie dojechałem do Wawra, zaczął kropić mały deszczyk. Drobiazg - tydzień taki deszcz musi padać, żeby mnie przemoczyć. Ale jemu, draniowi, widocznie się śpieszyło, bo zaczął padać gęściej. [âŚ]
Pech, cholera! W Wiązownej pękła przekładnia, dalej jechać nie mogę, bo spada. Rower za rogi i dalej piechotką, a rower obok mnie. Jest kuźnia. Pytam kowala, czy da rade z naprawieniem przekładni. Dobra nasza - jest jakaś stara przekładnia, którą nałożył mi na miejsce pękniętej za jedne trzydzieści złotych.[...]
Jest niedziela, deszcz nie pada, szosa z wybojami się skończyła, teraz jadę po asfalcie i śpiewam sobie wesoło. Śpiewająco dojadę do Lublina. Pech! W rowerze urwał się prawy pedał, a ja jestem dopiero w połowie drogi między Rykami a Kurowem. Więc swojego bydlaka za rogi i marsz przed siebie - i szosa dobra, asfaltowa i deszcz nie pada. Ciągnąłem go ze trzy kilometry, zanim doszedłem do wsi przy szosie. W pobliżu szosy kuźnia. Podchodzę - zamknięta. Prawda, przecież to niedziela. Odnalazłem kowala i proszę o przyczepienie pedału.- W niedzielę nie będę robił, choćby mi pan nie wiem ile zapłacił â odpowiedział na moja propozycję dobrej zapłaty. A tu pogoda ładna i dopiero godzina jedenasta rano.[...]
Gdy byłem już na przedmieściach Lublina - pech! Widzę, przednie koło coś dziwnie mi się kiwa, jak pijane obija się po bokach widelca. Zlazłem z roweru i cóż: pękła ośka. Cholerny, zbuntowany rower! Bydlę przeklęte. Za kierownice go i znów piechotą przez cały Lublin [...]
Było już po południu, gdy wyjechałem z Lublina. A tu trzeba przejechać jeszcze prawie sześćdziesiąt kilometrów. Którędy jechać? Przez Piaski dalej - ale szosa. Przez Łęczną bliżej - ale kawałek chłopską drogą, jak mi tłumaczono. Ale to dobra droga. Rowerem dobrze się jedzie. Wybrałem drogę przez Łęczną i przekląłem Łęczną, drogę, rower, wojnę, Niemców oraz cały świat razem z jego satelitami, już nie ważne nawet było to, że co kilkanaście minut padał deszcz - ale to, co zobaczyłem, gdy minąłem Puchaczów. Ten kawałek dobrej drogi to chyba osiem kilometrów błota i gliny zalanej wodą. [...]
Poprzedniego dnia jeden gospodarz przywiózł mi z Chełma pięć kilogramów tytoniu i dziesięć litrów spirytusu. Na spirytus przywiozłem z sobą ośmiolitrową bańkę i dwie jednolitrowe wojskowe manierki. Spirytus był koloru żółtego i zalatywał rdzą - podobno przechowywany był w zardzewiałej beczce - ale to drobiazg, najważniejsze, że siłę przepisową posiadał. [...]
Tym razem zaczęło się dobrze. Deszczu nie było, kałuż też nie było, wiec tra-la-la, śpiewająco się pedałuje. Ale pech to pech. Kilometr przed Piaskami pękł mi łańcuch. Dociągnąłem rower do miasteczka, kowal zajął się jego reperacją..."
Książkę skąd pochodzi cytat, każden młodzieniec powinien przeczytać.
Podobnie zawiasem oczu objąć coś Ze wspomnień cyklisty. To idealne ujęcie moich przygód no i klasycznie - snów na jawie. Fakt, że zebrał je w całość Aleksander Głowacki nadaje moim przygodom właściwy im wymiar.
Wydanie tych wspomnień miało dla pana Aleksandra dość poważne konsekwencje, bo ponieważ po sukcesie/skandalu tychże autor ukrył się pod pseudonimem i świat już nigdy o nim nie usłyszał.
__________________
Jam nie Babinicz...
|