Baśnie z tysiąca i jednej nocy
Pamietacie?
Gdzies tam w pomroku wykasowanych postow El pisal...
Dzień dobry,
zawsze bałem się pustyni. Może nie tak, jak dżungli, bo dżungli to boję się bardziej niż hipochondryk koronawirusa.
Przemierzam teraz rowerem pustynię, taka prawdziwą, bez wody, bez niczego, bez ludzi... Dziwne... niczego mi nie brakuje.
Nieuchronnie zmierzam ku dżungli... cha cha. Może mnie jednak wcześniej pustynia pochłonie. Tne ją na szagę ale ona mnie nie chce... codziennie, niezmiennie wypluwa.
Przyplątał się mi jakiś szajbnięty Francuz i nie odpuszcza. Ni chuja go nie rozumiem.
Taszczy ciężki w chuj akordeon w trudzie, jak ja pcham mego ruska i tak razem przez te piachy już od bodaj czterech czy pięciu dni, brniemy bez sensu na południe.
Wieczorami tniemy razem. On na akoerdonie, ja na defilu - polskiej gitarze, co ni chuja nie stroi. Dostałem ja w prezencie od kolegi, którego babcia była ostatnim prezesem tej lutniczej fabryki a gitara rzeczona, ostatnim instrumentem, który upadłą fabrykę opuścił.
Wieczory upływają nam mniej więcej w takim klimacie:
tak sobie popierdalamy... nie ma potrzeby nic rozumieć.
__________________
Jam nie Babinicz...
|