"...Pewnego wieczoru, mając 16 lat Jack wpadł do wody kompletnie pijany. Prąd porwał go w głąb Zatoki. Płynął w ciemności, nie widząc brzegu, nie czując w lodowatych wodach nóg, nie wiedząc, w która stronę jest ląd.
Godziny mijały... Dopiero o świcie, gdy brzegu wciąż nie było widać, dotarło do nie go z całą mocą, że umiera.
I wtedy, w lodowatej wodzie Zatoki San Francisco w chłopaku, który nie widział sensu w życiu, obudziło się coś, co było silniejsze od alkoholu, od zmęczenia, od rozpaczy. Chciał żyć...
Płynął jak opętany walcząc z prądem, własnymi mięśniami, z ciężarem przemoczonych ubrań i cudem dotarł do brzegu...
Tej nocy nie stal się innym człowiekiem, nie rzucił picia, nie porzucił nabrzeży, nie zapisał się na kurs kaligrafii ale coś się w nim przesunęło...
Jak kamień, który przez lata blokował strumień i wreszcie drgnął o milimetr. Jack London zrozumiał, że chce żyć i, że żyć, to nie to samo co przetrwać..."
__________________
Jam nie Babinicz...
|