ja tam wiem, że gumę się ściąga, lub trzymie

o ile wcześniej nie spadnie

takie tam geriatryczne żarciki
no to jedźmy dali.
tzn prawie
Trochę miałem foulstart z tym pisaniem BO zanim pojechaliśmy po skutersyna i ogólnie w drogę to poszliśmy się przejść po kawie, głównie aby znaleźć dla mnie barbeiro

bo zarosłem jak poniemiecki cmentarz.
Wychodzimy z placu de Santa Anna w Las Palmas zaraz koło los katedros

i idziemy samymi świetymi ulicami w kierunku fryzjera. Po drodze jest ładnie - no tak bardzo inaczej niż u nas na wiosze

wąskie uliczki, trochę kocich łbów, wszędzie okiennice będące nieodłączną częścią południowych klimatów i to COŚ co tak bardzo odróżnia włochy, Hiszpanię od takiej alpejskiej austrii czy szwajcu na wysokie 'C' - taka patyna.
Trochę rdzy, trochę zużycia, trochę niedbalstwa, jakiś tynk odpadł itd... Życie po prostu - dla mnie to jest takie naturalne jak za przeproszeniem wyślizgany trzonek szpadla, którym dziadek kopał ogródek. Widać, że ktoś tego krajobrazu używa, dbając w miarę ochoty, czasu i możliwości finansowych.
Spacerujemy niecałe 10 minut a już mój łeb starego śmieciarza chce się ukręcić bo wśród aut mniej lub bardziej współczesnych stoją piękne stare patrole, mitsu, nissany jak chociażby Serena czy Vanette, praszczury Hiace czy w ogóle rodzynki w rodzaju pierwszych landcruiserów. Auta nie są szczególnie zadbane ale są kompletne, wciąż noszą oryginalne 'uszlachetniające' naklejki na bokach /te kolorowe pasy vinylu z tantych lat

/ i widać, że jeżdżą. W weekend prowincja była pełna tych aut - w nich sami starsi ludzie, raczej nie myślący o zmianie na 'nowe'. Fajnie się na to patrzyło!
Dochodzimy do fryzjera - mały salonik Pepe el Rapido

czyli Szybki Pepe
Koleś mówi, że 15-20 minut i będzie ciął ale w końcu po 25 minutach obserwacji niemrawo kurczącej się kolejki rezygnujemy z oczekiwania bo priorytetem zamiast pozbycia się owłosienia staje się bezpieczne zdeponowanie dwójeczki
Wracamy na stancję a do tematu fryzjera na kanarach jeszcze powrócimy w kolejnych odcinkach. Wniosek na tę chwilę jest taki aby nie wierzyć szyldom - szydźmy z szyldów!

W hoteliku szybki przepak całości gratów do rolki Crosso, jeden plecak z żarciem i wodą luzem i lecimy do wypożyczalni - taksik 4.5 juri. Odbierami starego /starszego o rok/ znajomego, mocujemy rolkę i uchwyt na telefon i lecimy południową drogą szybkiego ruchu z Las Palmas do wynalezionego przez moją żonę ogrodu botanicznego w Arucas-Santidad gdzie wjazd kosztował 12EUR - o losie! Mam jednak na pamięci tekst znajomego prowadzącego hurtownię budowlano-mydlano-powidłową u mnie na wewsi: 'Paaaanie Mateuuuuszu - szczęście żony nie ma ceeeny'

wchodzimy!
Jak tylko zsiadam z moto moje zakatarzone nozdrza wypełnia bardzo mocna kwiatowa woń /znajoma/ okazuje się, że zaraz za płotkiem rośnie cały 'zagon' lilii. Musiało to dawać naprawdę mocno bo węch mialem tego dnia porażony niemal całkowicie.
W środku w pip różnego rodzaju habazi

duże, małe, mniej i bardziej zielone. Bananas, sińoras itd. Jakiś dom Marquesy coś tam coś tam. Moim ulubionym punktem tego miejsca były ... pawie

Z braku fjordów to właśnie one jadły nam z ręki!!
Oczywiściie nie bylibyśmy sobą jakbyśmy nie jumnęli trochę szczepek

/głównie sukulenty - grubosze/ potem do kibla, papier toaletowy z wodą i do folii. No i tak przejeździły z nami resztę dni

kamienie z plaży na lotnisku nam zabrali ale szczepki w pokrywie plecaka umknęły ich uwadze
Skoro już w ogóle pojawiło się Arucas w opisie /tym razem nie zajeżdżaliśmy tam do centrum/ to jest to mega ładne miasto. PRZEpiękna katedra i starówka, kolejny ogród botaniczny w centrum z wstępem za gratis, sklepy z pamiątkami, ładny widok na góry i kilka fajnych cafe. Koniecznie trza odwiedzić jadąc niepoodal.
W Arucas również mieści się duża destylarnia rumu. Można zwiedzać, próbować, kupować

Pewnie jest tam również coś jeszcze ale nie wiem co
Na pewno była kawa i cygareiros. No dobra. To dygresja takajakaś.
Z ogrodu botanicznego lecimy dalej południem prosto nad ołszyn, który tego dnia ma sporą ochotę na wyjście na ląd. Od wody wieje zdrowe 12m/s i wszystko pokrywa się słonym pyłem. Słońce ledwo przebija się przez chmury i jest dość ponuro. No i piździ. FEST. Tym niemniej zawsze w zadumie i z niemym podziwem patrzę na ogromną siłę Oceanu bijącego w skaliste wybrzeże. Groźny pomruk fal zdaje się przenosić na grunt pod naszymi nogami.
Staramy się odnaleźć w rzeczywistości widok z neta w miejscowości El Roque - malowniczy rzekomo cypel okazuje dla mnie budowlanym pierdolnikiem. Do tego nie ma słońca więc odpalamy w długą dalej na latarnię Faro de Punta Sardina.
Nie wiem czy już mówiłem, że piździ. OJ TAK. Ogólnie to jedziemy zwiedzając ale chcemy jak najszybciej dotrzeć do portu w Agaete bo wiemy, że to będzie za górami i za północnym wiatrem. No i będzie kawa

Zdjęcia wtym cyklu kończymy na zboczu Punta Sardina.
CDN