224 strony zapisane gęsim piórem.
Na 112 pożółkłych kartkach, mających kilkadziesiąt lat.
Zapisanych "w moim stylu". Drobnym, lekko pochyłym maczkiem, który zawsze budził zdziwienie.
Dla większości jestem niepoukładanym gościem. Jedyne jednak, co u mnie poukładane jest, to pismo. Regularny kształt. Taki mój znak rozpoznawczy.
Drugie... Jak się na coś uprę, to mnie wolami z drogi nie zawrócisz.
Intuicyjnie, idę swoją drogą do Piekła. Piekło, to formalnie zbieg granic.
Jeżeli zdążę, to wyjaśnię i moje Piekło.
Wracając do pisma.
Format mojej książki był dla mnie ważny. Wybór był tylko jeden. Wybór łatwy (dla mnie) wykonanie nie. Bardzo trudne... Nie stać mnie było na wydanie książki. Dlatego postanowiłem napisać ją w dwóch egzemplarzach.
Tradycyjnie - dla siebie.
Nieparzyste strony zapisałem lewą ręką wspak. Parzyste ich odbiciem lustrzanym.
Pół roku przed 50-tymi urodzinami Karpika, specjalnie dla niego wróciłem do gry na gitarze. na moim defilu nie dało się już grać. Uczyła się na nim grać Marysia, uczył Kacperek. Defil nie przeżył.
Przeżył jednak ze mną kupę lat zatem "pochowany" został w szczególnym miejscu.

Symbolika niezamierzona.
Wzruszenie silne 2.